Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarne wyzwania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarne wyzwania. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 grudnia 2013

Babeczki piernikowe z bitą śmietaną



Pierniki nierozerwalnie kojarz się z zimą. I nie ma w tym nic dziwnego- naładowane są przecież wspaniałymi przyprawami, które rozgrzewają nawet w największe mrozy. Nie mam jednak zbyt dużego doświadczenia w pieczeniu pierników, nadal poszukuję tego idealnego. Tym razem skusiłam się na wypróbowanie ciasta na bazie kawy zbożowej i powideł śliwkowych, a zamiast tradycyjnej foremki zdecydowałam się na formę do muffinek. Wyszło całkiem nieźle. Ciasto jest wilgotne, nieco słodkie i aromatyczne. A żeby te mocne smaki nieco złagodzić, przykryłam każdą babeczkę czapą z delikatnej bitej śmietany. Dla efektu zaskoczenia dodatkowo ukryłam w środku troszkę czekolady, by w pełni zadowolić swoje kubki smakowe. Mmmm... było na prawdę smacznie!


Babeczki piernikowe z bitą śmietaną
przepis na ciasto pochodzi ze strony Kwestia Smaku, reszta jest mojego pomysłu

ciasto:

  • 125g masła,
  • 250g brązowego cukru (użyłam muscovado),
  • 2 łyżki (30ml) miodu,
  • 2 łyżki (30ml) powideł śliwkowych,
  • 4 łyżeczki (20ml) przyprawy do piernika (wybierz taką, która nie zawiera mąki),
  • 1 łyżeczka (5ml) mielonego cynamonu,
  • 2 łyżeczki (10ml) sody,
  • 2 łyżki (30ml) rozpuszczalnej kawy zbożowej,
  • 1 szklanka (250ml) mleka,
  • 2 jajka,
  • 300g mąki pszennej.
Rozgrzej piekarnik do temp. 180 st.C. Formę do muffinek wyłóż papierowymi papilotkami (ja z podanych proporcji ciasta upiekłam 12 standardowej wielkości babeczej i jeden nieduży placek- piekłam go w formie okrągłej o śr. 20cm, był wysoki na ok. 2-3cm).

W dość dużym i szerokim garnku rozpuść masło. Dalej podgrzewając dodaj cukier, miód, powidła, przyprawy. Dobrze wymieszaj i podgrzewaj jeszcze chwilę, aż składniki dobrze się połączą. Wyłącz palnik, dodaj sodę, kawę, mleko i roztrzepane jajka. Wymieszaj energicznie. Następnie cały czas mieszając, wsypuj mąkę. Kiedy składniki połączą się, podziel ciasto między foremki i wstaw do piekarnika. Babeczki pieką się ok. 13-15 minut, a placek ok. 20-25. Aby sprawdzić, czy ciasto upiekło się, wbij wykałaczkę w środek i jeśli wyjdzie sucha, możesz wyjąć formy z pieca. Ostudź kompletnie.

nadzienie czekoladowe (lub polewa do ciasta):
  • 150g ulubionej czekolady bez dodatków (ja użyłam deserowej),
  • 4 łyżki (60ml) śmietanki 36%.
Czekoladę połam do miseczki, dodaj śmietankę. Miskę ustaw nad garnkiem z niewielką ilością gotującej się wody. Podgrzewaj, aż czekolada się rozpuści. Zdejmij miseczkę znad garnuszka i wymieszaj oba składniki ze sobą na gładki, jednolity krem.

W ostudzonych babeczkach wytnij przy pomocy małego nożyka środek- taki jakby niewielki stożek, szerszy na górze, a wąski na dole babeczki. Wlej do wyciętej dziury nadzienie i odstaw, a w tym czasie ubij śmietankę.

bita śmietana:
  • 400ml śmietanki 36%, schłodzonej,
  • 1-2 łyżki (do smaku) cukru pudru,
  • 1 łyżka śmietanki do kawy w proszku. 
Schłodzoną śmietankę ubij z cukrem pudrem. Gdy masa będzie już prawie sztywna, wsyp śmietankę w proszku i ubijaj dalej, aż będzie sztywna.

Dekoruj babeczki bitą śmietaną, najlepiej tuż przed podaniem- wtedy wyglądają i smakują najlepiej. Ale udekorowane kapkejki "wytrzymają" w lodówce, zamknięte w szczelnym pojemniczku do 2 dni. No chyba, że nie zależy Ci na tym, by wyglądały cały czas, jak przed chwilą kupione w cukierni i nie przeszkadza Ci nieco oklapnięta bita śmietana ;)

Enjoy!






poniedziałek, 9 grudnia 2013

Domowe pianki marshmallows


Czy może być coś bardziej amerykańskiego niż pianki marshmallows? Widok tych białych poduszeczek wbich na koniec kija i opalanaych nad ogniskiem prześladuje mnie od dzieciństwa. Chyba w każdym szanującym się amerykańskim filmie, gdzie są sceny kempingowo-ogniskowe taki obrazek musi się pojawić. Przez bardzo długi czas marzyłam o tym, by móc tak, jak te dzieciaki zatopić zęby w tym dziwnym przysmaku. Problem polegał na tym, że pianki u nas dostępne (Jojo?) smakowały ohydnie. Dziwiłam się więc, że innych może TO wręcz zachwycać.  A kiedy już dorosłam i nauczyłam się kilku rzeczy w kuchni, postanowiłam sama przygotować marshmallows, by udowodnić sobie, że takie słodycze mogą dobrze smakować.

Takie pianki można zrobić na kilka sposobów. Klasycznie- z białek jaj, cukru, syropu kukurydzianego i żelatyny, albo nieco bardziej współcześnie- z samego syropu, cukru i żelatyny. Kiedyś próbowałam przerobić przepisy tak, by od razu przygotować wersję wegańską, czyli bez jajek i na agarze. Ale nie bardzo wyszedł mi ten eksperyment, dlatego też na długo porzuciłam myśli o domowych piankach. Tym razem jednak dopadły mnie te wszystkie zagraniczne obrazki, gdzie marshmallows pływają sobie w gorącej czekoladzie i ponownie zamarzyły mi się te poduszeczki. Użyłam białek, cukru i agaru- bez żelatyny i okropnego syropu kukurydzianego, i... udało się! Pianki wyszły mięciutkie, puszyste, rozpływające się ustach. Tysiąc razy lepsze od tych sklepowych! Nie mają co prawda tej przewagi nad żelatynowymi odpowiednikami, które po podgrzaniu ciągną się guma, ale nadrabiają smakiem i charakterem ;) A jak nabije się je na patyczek i podpiecze nad palnikiem kuchenki (taki miejski odpowiednik ogniska), to można z wrażenia odlecieć. Tworzy się taka cudna chrupiąca skórka, jak przy creme brulee, a środek pozostaje wciąż miękki i puszysty. Mniam!


Domowe pianki marshmallows


  • 1 szklanka (250ml) cukru,
  • 1/4 szklanki + 2 łyżki (90ml) wody,
  • 1 łyżeczka (5ml) agaru w proszku + 1.5-2 łyżki zimnej wody,
  • białko z 3 jaj o temperaturze pokojowej,
  • szczypta soli,
  • ok. 1 szklanki (250ml) cukru pudru.

Zacznij od przygotowania formy. Ja użyłam kwadratowej o boku ok. 20cm, ale ty możesz użyć dowolnej. Pamiętaj jedynie, że od jej wielkości i kształtu zależy to, jak wysokie i duże będą Twoje pianki. Foremkę wyłóż całkowicie papierem do pieczenia, a na jej dno przesiej 1-2 łyżki cukru pudru.
Z podanej ilości cukru odłóż do osobnej miseczki 2 łyżki. Resztę wsyp do garnka o grubym dnie i podgrzewaj na średnim ogniu. W czasie, gdy syrop podgrzewa się, wymieszaj agar z zimną wodą i odstaw na bok. Kiedy cukier w garnku osiągnie temperaturę ok. 95-100 st.C, dodaj namoczony agar, wymieszaj i podgrzewaj dalej. Następnie zacznij ubijać białka z solą. Gdy piana będzie coraz sztywniejsza, zacznij dodawać stopniowo odłożone wcześniej dwie łyżki cukru. Ubijaj mikserem, aż będą sztywne. Odstaw i sprawdź temperaturę cukru w garnku. Od czasu do czasu zamieszaj miksturę, bo agar lubi czasem przywierać do dna. Gdy syrop cukrowy osiągnie temperaturę 115 st.C, wyłącz palnik. Od razu zacznij ponownie ubijać białka, a syrop wlewaj cienkim strumieniem do piany, cały czas miksując. Kiedy wlejesz już całą zawartość garnka, miksuj jeszcze ok. 1-2 minut, a następnie przełóż masę do przygotowanej foremki (trzeba działać dosyć szybko, bo agar ścina się niemal od razu). Rozsmaruj masę dokładnie i wyrównaj wierzch, a następnie posyp go 1-2 łyżkami cukru pudru. Odstaw do całkowitego wystudzenia. 
Kiedy pianki ostygną kompletnie, możesz je delikatnie pokroić. Najlepiej robić to szerokim nożem "maczanym" w cukrze pudrze. Każdą piankę obtocz ze wszystkich stron w przesianym cukrze pudrze i odstaw na kratkę (jeśli nie masz specjalnej kratki użyj takiej, która zazwyczaj dołączona jest do piekarnika. A jeśli nie masz też takiej, możesz układać pianki na papierze do pieczenia, ale po ok. godzinie przewróć każdą z nich do góry dnem. Ścianki pianek muszą się delikatnie obsuszyć, by nie kleiły się do rąk.). Przechowuj w suchym i chłodnym miejscu. 
Zjadaj tak po prostu albo opalane, albo dodaj je do gorącej czekolady. Albo zrób z nich jakiś fany deser. Cokolwiek wymyślisz, na pewno będzie smaczne ;)

Enjoy!






wtorek, 1 października 2013

Blondies, czyli brownies z białą czekoladą


No i doczekałam się... Moje pierwsze w życiu blondies! Może to głupie i dziecinne, ale ja zawsze bardzo cieszę się, gdy próbuję nowych deserów :) A że przypadkiem w domu znalazło się troszkę białej czekolady (która gości u nas niezwykle rzadko), to nie mogłam powstrzymać się od przygotowania białej wersji brownies. Bo tak na prawdę tym właśnie blondies są- delikatnie gliniastymi w konsystencji i słodkimi w smaku odpowiednikami amerykańskiego murzynka, który zamiast ciemnej czekolady kryje w sobie białą. Natknęłam się też na informacje, że takie "blondynki" można upiec pomijając czekoladę kompletnie, byle by pozostał odpowiedni kształt i barwa batoników. Nigella pisała nawet, że nazwa to tylko podstęp, dzięki któremu dzieciaki z chęcią zjedzą taki deser, chociaż ma w sobie płatki owsiane czy inne niekoniecznie lubiane przez najmłodszych dobroci. Ja zdecydowałam się na opcję klasyczną i nie żałuję tej decyzji. Batoniki wyszły przepyszne! Jedyną wadą jest to, że są dość słodkie, więc nie da się zjeść ich zbyt dużo. W oryginalnym przepisie zaleca się dodatek połamanych cukierków krówek lub toffi, co już totalnie podwyższyłoby poziom cukru we krwi. Ja dodałam więc posiekaną czekoladę. A gdyby ktoś chciał przełamać jednak tą słodycz, to warto zamienić te dodatki na suszoną żurawinę czy inne kwaśne owoce.


 Blondies z białej czekolady
przepis Anny Olson, zmodyfikowany



  • 80g masła,
  • 180g białej czekolady, połamanej na kawałeczki,
  • 2 jajka o temp. pokojowej,
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru trzcinowego muscovado,
  • 1/3 szklanki (80ml) cukru białego,
  • 1 szklanka + 1 łyżka (265ml) mąki pszennej,
  • 1/2 łyżeczki (2ml) proszku do pieczenia,
  • szczypta soli,
  • 3/4 szklanki (180ml) ulubionych dodatków, jak: pokruszone cukierki krówki, posiekana czekolada, suszone owoce, orzechy.

Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Kwadratową foremkę o boku 20cm wyłóż papierem do pieczenia tak, by wystawał nieco ponad jej brzegi.

W misce ustawionej na nad garnkiem z niewielką ilością gotującej się wody umieść masło. Kiedy roztopi się, dodaj białą czekoladę i mieszaj od czasu do czasu, aż się rozpuści (biała czekolada jest bardzo delikatna, łatwo przypala się i waży. Dlatego najlepiej jest rozpuścić najpierw masło, które ochroni czekoladę przed tymi wszystkimi katastrofami). Zdejmij miskę znad garnka i odstaw na chwilę, by czekolada z masłem trochę przestygły. W tym czasie ubij mikserem jajka z cukrami, aż staną się gęste i utworzy się puszysta piana. Dodaj czekoladę z masłem i wymieszaj łyżką lub szpatułką. Następnie wsyp  mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia i solą, zamieszaj. Na koniec dorzuć do masy Twoje ulubione dodatki i połącz składniki. 

Ciasto przelej do foremki i piecz przez ok. 40 minut, aż wierzch zarumieni się solidnie. Ostudź i pokrój na kwadraciki. Możesz posypać je cukrem pudrem lub polać roztopioną czekoladą.

Enjoy!




czwartek, 19 września 2013

Brownies z masłem orzechowym i precelkami


Od pewnego czasu bardzo mocno promuje się czekoladę z różnymi "dziwnymi" dodatkami. Dość popularne stało się połączenie czekolady z papryczką chilli czy solą morską. Próbowałam też zestawu z lawendą, słyszałam o bekonie... I chociaż kakao z chilli odrzucają mnie na kilometr (drażni mnie ta ostra papryczka, bo zakłóca  naturalny aromat mojego przysmaku, zamiast go podkreślać), za bekon też serdecznie podziękuję, tak słodko-słone desery totalnie uderzają w moje kubki smakowe. Czekolada posypana płatkami soli, masło orzechowe w cieście czy ciasteczkach, no i najwspanialszy solony karmel.

Te brownies od dawna mnie kusiły, bo oprócz klasycznego i niezawodnego zestawu kakao + masło orzechowe kryły w sobie pecelki. Co prawda w oryginalnym przepisie występują słone paluszki, ale przecież to jedno i to samo, tylko kształt nieco inny. I jaki był efekt tej wybuchowej mieszanki? Wspaniały! Na spodzie intensywne w smaku brownie, później delikatnie słodkie masełko i na wierzachu niespodzianka w postaci kruchego precelka. Czy można chcieć czegoś więcej?



Brownies z masłem orzechowym i precelkami
przepis z bloga Joy the Baker, delikatnie zmodyfikowany


brownies:

  • 115g masła,
  • 170g gorzkiej czekolady,
  • 1 łyżeczka (5ml) kawy rozpuszczalnej w proszku,
  • 3/4 szklanki (180ml) cukru,
  • 3 jajka o temp. pokojowej,
  • 1 łyżeczka (5ml) naturalnego ekstarktu z wanilii,
  • 2/3 szklanki (80ml) mąki pszennej,
  • 1/2 łyżeczki (2ml) proszku do pieczenia,
  • szczypta soli.
Rozgrzej piekarnik do temperatury 160 st.C. Kwadratową foremkę o boku 20cm wyłóż papierem do pieczenia tak, by brzegi wystawały ponad krawędź blaszki (ułatwi to później wyciągnięcie ciasta z formy).

W misce umieszczonej na garnku z niewielką ilością gotującej się wody umieść masło, czekoladę i kawę. Podgrzewaj na niewielkim ogniu (tak, by woda jedynie mrugała, delikatnie gotowała się), od czasu do czasu mieszając, aż całość rozpuści się i połączy. Zdejmij miskę znad garka i odstaw na chwilkę, by czekolada nieco przestygła. Następnie wsyp cukier i dokładnie wymieszaj trzepaczką. Dodawaj po jednym jajku, za każdym razem dobrze mieszając. Do tej mieszanki wlej ekstrakt z wanilii, a potem wsyp mąkę wymieszaną z proszkiem i solą. Wymieszaj łyżką lub szpatułką, przełóż do przygotowanej foremki.

warstwa orzechowa:

  • 60g rozpuszczonego masła,
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru pudru,
  • 3/4 szklanki (180ml) gładkiego masła orzechowego,
  • garść precelków lub słonych paluszków.
Wszystkie składniki (oprócz precelków) wymieszaj dokładnie. Następnie nakładaj nadzienie na przygotowane ciasto brownie porcjami, a na koniec zrób nożem lub patyczkiem marmurkowy wzorek (nie, nie jest to konieczne :) ). Na wierzchu ułóż precelki lub słone paluszki.

Wstaw do piekarnika na ok. 35-40 minut. Pamiętaj, żeby nie piec brownies zbyt długo, bo będą suche! Lepiej pzostawić je niedopieczone.







 

wtorek, 17 września 2013

Czekoladowe whoopie pies z masłem orzechowym



O tym, że czekolada i masło orzechowe to starzy dobrzy kumple, wie chyba każdy, kto kiedykolwiek spróbował tego połączenia. Lekko słone masełko wspaniale dopełnia smak ziaren kakaowych. Najwspanialesze jednak jest to, że trzymając się tej konkretnej kombinacji można stworzyć niezliczoną ilość deserów. Tym razem padło na klasykę w amerykańskim wydaniu, czyli whoopie pies.

Te małe słodkie kanapeczki wyglądają jak markizy, stworzone z kruchych ciasteczek i nadzienia w środku. Ale to tylko pozory, bo tak na prawdę są to dwa blaty ciasta przełożone kremem- w wersji mini, oczywiście. Troszkę tak, jakby ktoś pomniejszył tort, by móc wygodnie zjeść go wtedy, gdy o talerzykach i sztuccach można jedynie pomarzyć. W Ameryce trwają spory co do tego, jak powstały te kanapeczki, bo w różnych stanach królują odmienne teorie na ten temat. Jedni uważają, że to dzieło przypadku (lub gospodarności)- ponoć pewnej pani w jednej piekarni zostało nieco surowego ciasta, z którego postanowiła upiec małe ciasteczka. A po wystygnięciu przełożyła je kremem, którego też nie było na tyle dużo, by użyc go do tortu. Inna wersja jest taka, że amiszowe panie domu piekły małe ciasta dla swoich pociech i mężów, by stanowiły część ich lunchboxów. Legenda głosi, że gdy dzieci/panowie otwierali pudełeczka i widzieli, jakie słodkie skarby się w nich kryją, na znak radości wołali: "whoopie!". Jest jeszcze wiele historii, które teoretycznie wskazują na to, jak whoopie pies powstały i pewnie nigdy nie dojdziemy prawdy. Faktem jest natomiast to, jakim uwielbieniem darzą te ciasteczka Amerykanie. Tworzą przeróżne kombinacje smakowe, przerabiają ulubione smaki tortów na ich miniaturki i zajadają się nimi na potęgę.

Sama długo zabierałam się za tworzenie whoopie pies, aż w końcu się doczekałam. Nie wiedziałam dokładnie, czego się spodziewać, bo przecież nigdy dotąd ich nie kosztowałam. I jakie są moje wrażenia? Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia... Z jednej strony trochę mnie zawiodły i nie zwaliły z nóg, jak przewidywałam. A z drugiej- są bardzo intrygujące i na prawdę dają spore pole do popisu. Ich główną zaletą jest chyba to, że łatwo je przetransportować albo zabrać ze sobą na przekąskę, jako alternatywę dla tradycyjnej drożdżówki czy ciasteczek. Te, które zrobiłam bardzo mi smakowały, choć było w nich za mało kremu. Przeważał jednak smak ciasta, a nie masełka orzechowego. Ale następnym razem będę wiedzieć, jak się z tymi kanapeczkami obchodzić ;)



Czekkoladowe whoopie pies z masłem orzechowym
przepis na ciasteczka (bez kremu) pochodzi z książki Joy Wilson "Joy the Baker Cookbook"


ciasteczka:

  • 2 szklanki (500ml) mąki,
  • 1/2 szklanki (125ml) gorzkiego kakao,
  • 1 1/4 łyzeczki (6ml) sody,
  • szczypta soli,
  • 1 łyżeczka (5ml) rozpuszczalnej kawy w proszku,
  • 115g masła o temp. pokojowej,
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru białego (u mnie domowy waniliowy),
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru trzcinowego muscovado,
  • 1 jajko o temp. pokojowej,
  • 1 szklanka (250ml) maślanki.
Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Blachę (najlepiej z niskimi brzegami) wyłóż papierem do pieczenia.

Do miski przesiej mąkę, kakao, sodę, sól i kawę. W osobnej misce utrzyj masło z cukrami na jasną, puszystą masę. Dodoaj jajko i dokładnie zmiksuj. Dodaj połowę mieszanki z mąką i miksuj na wolnych obrotach. Wlej maślankę, a następnie wsyp resztę mąki i krótko zmiksuj. Łyżką lub szpatułką przemieszaj masę, by upiewnić się, że składniki dobrze się połączyły.

Nakładaj na blachę porcje ciasta wielkości łyżki, pozostawiając nieco miejsca między nimi (urosną delikatnie). Piecz przez ok. 12 minut. Bądź bardzo uważny, bo trzeba "wstrzelić się" w idealny moment, kiedy ciasteczka nie są już surowe, ale nie są jeszcze wysuszone. Trzeba tutaj działać podobnie, jak przy brownie, czyli nie przesuszyć. Pierwsza partia moich ciasteczek piekła się o 1-2 minuty za długo i niestety dało się to wyczuć, za to następna była już idealna. Wyjmij z pieca, po ok. 2-3 minutach zdejmij je z blachy, by przestygły.

krem*:
  • 1 szklanka (250ml) dowolnego masła orzechowego,
  • 60g masła o temperaturze pokojowej,
  • 1/2-1 szklanki (125ml-250ml) cukru pudru.
Masła utrzyj na gładką, puszystą masę. Dodaj cukier puder i zmiksuj ponownie, by dokładnie połączył się z resztą składników. Skosztuj kremu i jeśli to konieczne, dodaj więcej cukru (weź też pod uwagę to, jak slodkie są ciasteczka).

Ciasteczko posmaruj solidną porcją kremu i przykryj drugim ciasteczkiem.

Kanapeczki przechowuj w lodówce, najlepiej owinięte folią spożywczą.

* Ten krem przygotowałam w pośpiechu- to takie najprostsze nadzienie z masła orzechowego. Jeśli jednak masz nieco więcej czasu, to gorąco polecam przygotowanie mojego najlepszego na świecie kremu z masła orzechowego . Sprawdziłby się tutaj o niebo lepiej.







poniedziałek, 9 września 2013

Wegańskie ciasteczka z kawałkami czekolady



Na specjalne życzenie pewnej młodej damy, wysławiającej się perfekcyjną polszczyzną- ciasteczka z kawałkami czekolady bez mleka i jajek. Łatwe w przygotowaniu i jeszcze łatwiej znikające z mojego talerza. Nie wiem czy to zasługa czekolady (która poprawia smak wszystkiego, o czym powszechnie wiadomo) czy na serio są tak dobre. Tak czy siak mi bardzo smakowały, a inni też nie narzekali :) Nie są to raczej wierne kopie subwayowskich ciasteczek, na punkcie których owa dama ma bzika, ale nie mi to oceniać- tamte skosztowałam raz jakieś trzy lata temu. I z tego co pamiętam były słodkie, cienkie i bardzo chrupiąco-ciągnące. Moje są nieco grubsze, mniej słodkie, z zewnątrz chrupiące, a w środku mięciutkie. Dla mnie bomba!


Wegańskie ciasteczka z kawałkami czekolady


  • 1 łyżka (15ml) zmielonego siemienia lnianego,
  • 1/4 szklanki (60ml) gorącego mleka (u mnie sojowe),
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru,
  • 1/3 szklanki (80ml) oleju,
  • 1 1/4 szklanki (310ml) mąki pszennej,
  • 2 łyżki (30ml) skrobi kukurydzianej,
  • 1/2 łyżeczki (2ml) sody,
  • 1/2 łyżeczki (2ml) proszku do pieczenia,
  • szczypta soli,
  • ok. 1 szklanki (250ml) ulubionej bezmlecznej czekolady posiekanej na kawałeczki (można dodać mniej lub więcej- w zależności od tego, jakim czekoladoholikiem jesteś).

Siemię lniane wsyp do miseczki, zalej je gorącym mlekiem, dokładnie wymieszaj i odstaw na 10-15 minut, by utworzył się "kisiel".

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180 st.C. Płaską blachę do ciasteczek wyłóż papierem do pieczenia.

Kisiel z siemienia lnianego i mleka zamieszaj jeszcze raz, dodaj olej oraz cukier i połącz składniki dokładnie. Do osobnej miski przesiej mąkę, skrobię, sodę, proszek i sól. Wlej do tego "mokre" składniki i zamieszaj, następnie wsyp kawałeczki czekolady i połącz z ciastem. 

Nakładaj na blachę porcje ciasta i jeśli chcesz możesz nadać im ładny okrągły kształt oraz spłaszczyć. Wstaw je do piekarnika na ok. 10-15 minut, w zależności od tego, jak duże są Twoje ciasteczka. Kiedy będą gotowe, zarumienią się i staną się chrupiące z wierzchu. Wyjmij i ostudź. Albo nawet ich nie studź. Zjedz póki są cieplutkie, a czekolada nie zdąrzyła jeszcze zastygnąć (jak widać na zdjęciu poniżej). Radziłabym jednak odczekać momencik po wyjęciu z pieca, by się nie poparzyć- szkoda stracić kubki smakowe, a odbudowaują się one co 10 dni ;)

Enjoy!






Ach! I chciałam Wam jeszcze powiedzieć, że Maple Pie też ma facebooka (o tutaj ). I to nawet od bardzo dawna. Tylko jakoś tak mało Was tam jest... więc może "polubimy się", co? Nie bójcie się, nie jestem gadułą, nie zaśmiecę Wam tej wirtualnej przestrzeni. Tylko przypomnę, że nowy wpis na Was już czeka :)

niedziela, 5 maja 2013

Pierwsze urodziny Maple Pie!



Jak ten czas szybko leci! Moje dzieciątko, mój skarb o nazwie Maple Pie obchodzi dzisiaj swoje pierwsze urodziny :) To na prawdę niewiarygodne, że taki oto blog może przynosić tyle satysfakcji. Nigdy nie sądziłam, że dzielenie się słodyczami własnej roboty z wirtualnym światem może być tak fajnym zajęciem. W ciągu tego roku udało mi się opublikować 112 postów, z czego większość to przepisy. Nieźle, co nie? A jak pomyślę, ile deserów nie doczekało się swoich pięciu minut na blogu, to z jednej strony wychodzę na wielkiego łasucha, ale z drugiej widzę, że te godziny spędzone w kuchni nie poszły na marne i wiele mnie nauczyły. Może to źle zabrzmi, ale mam poczucie, że sporo się w tym czasie rozwinęlam kulinarnie. Za każdym razem staram się stawiać sobie poprzeczkę nieco wyżej, próbuję nowych technik, nieznanych mi smakołyków, a jednocześnie czerpię naukę z błędów popełnionych w przeszłości, co za każdym razem maksymalizuje moje szanse na sukces. Ciekawe jest to, że prowadzenie bloga zmotywowało mnie do większej staranności i dokładności, dbałości o każdy szczegół przy wykonaniu deseru. Są też takie dziedziny, gdzie nadal nie daję rady albo coś mi wycieknie czy smakuje jak gniot. Ale bez takich momentów nie byłabym w stanie docenić wypieków, które się udały. Fajnie jest też podzielić się z Kimś swoją wiedzą, a co ważniejsze pasją. Wielu ludzi nie rozumie mnie, gdy zamartwiam się konsystencją kremu do tortu albo ekscytuję nową foremką do pieczenia, a tutaj- to chyba zrozumiałe, że na blogu o pieczeniu takie "ochy" i "achy" są na porządku dziennym, więc czuję się bardzo swojsko. No, co tu dużo mówić... dobrze mi tu i tyle :)

A skoro są urodziny, to musi być jakiś pyszny deser! Dla mnie to oczywiste... Zamiast tortu postanowiłam pobawić się w amrykańsko-kanadyjskim stylu i nawiązać do nazwy bloga. Tak więc początkowo miał być paj klonowy. Ale troszkę wystraszyłam się, że samo kruche ciasto z nadzieniem z syropu klonowego i jaj/skrobi będzie zbyt intesywne dla naszych kubków smakowych. Poszłam więc o krok dalej i zdecydowałam się upiec paj klonowo-pekanowy- kwintesencję amerykańskiego Dnia Dziękczynienia i tamtejszej kuchni wogóle. Szarpnęłam się na pekany, a co! Pyszne, kruchutkie, słodkie i pozbawione charakterystycznej goryczki odpowiedniki orzechów włoskich. Zatopiłam je w zalewie klonowej umoszczonej na niesamowicie kruchym niesłodkim cieście. Istne cudo! Na prawdę, bardzo mocno przypadły mi do gustu. Każdy smak idealnie się przenika i dopełnia, tworząc unikatową mieszankę takich aromatów, jakie moje podniebienie lubi najbardziej. Owszem, są słodkie, ale nie jest to przeraźliwie gryząca w język słodycz, którą zazwyczaj niesie biały cukier. Poza tym, składniki są tak intensywne, że nie potrzeba zjeść wiele, by zaspokoić swój apetyt na słodycze. Swoje mini paje (zrobiłam małe tartaletki wielkości muffinek z czystej oszczędności- gdybym miała kupić 2 szklanki pekanów na jeden duży placek, to chyba bym zbankrutowała) podałam z leciuteńko posłodzoną bitą śmietanką, świetnie łagodzącą tą słodycz. Chętnie wypróbuję wkrótce wersję z orzechami włoskimi albo nerkowcami, by nieco zmniejszyć koszty. Ale powtórki będą na pewno, bo ciacho jest cudowne!



Paj klonowo-pekanowy (maple pecan pie)
przepis Melissy Clark z książki "Cook This Now"


ciasto:

  • 1 1/4 szklanki (310ml) mąki pszennej,
  • szczypta soli, 
  • 150g zimnego masła, pokrojonego na małe kawałeczki,
  • 2-5 łyżek lodowato zimnej wody.
Do miski przesiej mąkę z solą. Dodaj masło i opuszkami palców delikatnie, ale szybko wgnieć tłuszcz w mąkę. Kiedy mieszanina zacznie przypominać bardzo grudkowatą owsiankę, zacznij rozcierać (spłaszczać) te kawałki masła między dłońmi- dzięki temu uzyskasz idelanie kruche ciasto z widocznymi płatkami/listkami. Dodawaj stopniowo wodę, aż ciasto się połączy. Zawiń w folię spożywczą i włóż do lodówki na 1 godzinę. 

Ciasto rozwałkuj na grubość ok. 0.5-0.7cm  i wyłóż nim foremkę o średnicy 23cm (ja wyłożyłam nim foremki do muffinek, wyszło mi 8 sztuk + skrawki, z których upiekłam niesamowicie kruche ciasteczka). Dno nakłój widelcem i wstaw do zamrażarki na 15 minut. 

Rozgrzej piekarnik do temperatury 200 st.C. Ciasto przykryj folią aluminiową lub papierem do pieczenia, a na to wysyp suchą fasolę, groch, soczewicę lub ryż (warto trzymać gdzieś w słoiczku taką mieszankę do "suchego pieczenia", można jej używać miliony razy- bo do gotowania i zjedzenia już się nadają). Wstaw do piekarnika na 20 minut (małe foremki 10-12). Następnie zdejmij folię z obciążeniem i dopiecz przez następne 5 minut, aż ciasto będzie leciutko rumiane. Wyjmij i ostudź całkowicie.


nadzienie klonowo-pekanowe:

  • 1 szklanka (250ml) syropu klonowego,
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru trzcinowego muscovado*,
  • 2 szklanki (500ml) orzechów pekan (ja użyłam nieco więcej jak 3/4 szklanki),
  • 3 jajka o temp. pokojowej,
  • 60g masła, rozpuszczonego.
W garnku doprowadź do wrzenia syrop klonowy zmieszany z cukrem. Gotuj całość na małym ogniu przez ok. 15-20 minut, aż mieszanka osiągnie pojemność 1 szklanki (250ml). Zdejmij z ognia i przestudź. W tym czasie podpraż orzechy na suchej patelni. 

Piekarnik rozgrzej do 170 st.C. Pekany rozłóż na podpieczonym cieście. Lekko ciepły syrop klonowo-cukrowy wymieszaj z masłem i jajkami na gładką masę. Mieszanką zalej orzechy w cieście tak, by nie wypływała poza ścianki z kruchego ciasta (masa jest lepka, więc to, co się wyleje może się przylepić do foremki, co utrudni późniejsze wyjmowanie) i piecz ok. 35-40 minut (moje małe paje piekły się ok 25 minut). Masa będzie jędrna i bardziej stała, ale przy poruszaniu lekko dygocze. Wyjmij z pieca i ostudź kompletnie. 

Podawaj z niesłodzoną lub mało słodzoną bitą śmietaną.


* Myślę, żę cukier muscovado można pominąć- otrzymasz wówczas świetny deser bez cukru. Ja dodałam go do masy, bo robiłam to ciasto po raz pierwszy i nie wiedziałam, czy jego brak nie wpłynie znacząco na konsystencję deseru (pojawiał się we wszystkich przepisach na maple pecan pie). Myślę, że następnym razem go pominę i zrezygnuję z gotowania masy przed dodaniem jaj i masła.





piątek, 3 maja 2013

Rolada orzechowa z musem kawowo-czekoladowym


Och, jak ja uwielbiam słodkie rolady! Tak bardzo, że jestem w stanie zjeść całą...
Jest w nich coś niezwykle urzekającego, co nie pozwala mi się oderwać od talerzyka zaraz po zjedzeniu jednego kawałka. Tak na prawdę nie różnią się przecież smakiem od tortów, ale ten spiralny wzorek i fakt, że można krem zawinąć w ciasto decydują o całej magii deseru. No, a poza tym mam taką przypadłość, że jedząc różne przekładańce nie jestem w stanie zjeść więcej niż pół kawałka tak, jak należy- czyli nabrać wszystkie warstwy na widelczyk i delektować się wszystkimi smakami jednocześnie. Po pewnym czasie po prostu zaczynam rozbierać taki tort na czynniki pierwsze i w efekcie najpierw zjadam biszkopt, a na koniec zostawiam sobie to, co najlepsze- krem :) A w takiej roladzie nie jest to już takie proste.

Długo zbierałam się do zrobienia tego deseru, bo się go trochę bałam. Toż to widać na pierwszy rzut oka, że takie cudeńko to nie bułeczka z masłem. A poza tym mam spore wymagania i oczekiwania wobec rolad. Niekoniecznie przepadam za wypełnieniem z bitej śmietany, zdecydowanie bardziej smakuje mi maślany krem czekoladowy albo różne musy o dość "ciężkim smaku". Biszkopt nie może być za gruby, a przede wszystkim nie może być suchy, bo wtedy przyjemność jedzenia jest raczej średnia. Postanowiłam przełamać lęk i wybrałam sobie roladę z przepisu (a to niespodzianka!) Anny Olson.

Zrobienie biszkoptu okazało się wbrew pozorom całkiem fajnym zajęciem. Dzięki ogrzaniu jajek, ubiły się na puszysty i całkiem stabilny mus, przy którym nie musiałam dygotać ze strachu, że mi zaraz opadnie. Na surowo smakował wybornie- mielone orzechy laskowe i olej z nich nadały wspaniałego aromatu, za którym przepadam. Niestety po upieczeniu nieco mnie rozczarował, bo smak laskowców, którego oczekiwałam w każdym kęsie zgubił się gdzieś po drodze i nie był moim zdaniem wystarczająco intensywny. Nadzienie ze śmietanki, czekolady i kawy to tak na prawdę najprostszy mus czekoladowy na świecie. Przygotowywałam go już przy okazji tortu Ferrero Rocher i teraz również nie zawiodłam się na jego prostocie. Krem po ubiciu jest puszysty, a jednocześnie sztywny. Dzięki czekoladzie pięknie zastyga na cieście, nie spływa po kilku godzianch spędzonych poza lodówką i to wszystko bez żelatyny czy innych ohydztw. A całość? Kiedy zwinęłam roladę i spróbowałam kawałeczek, załamałam się. Biszkopt był tak suchy, że stawał w gardle! Nie mogłam uwierzyć, że moja kochana Anna Olson stworzyła i opublikowała takigo gniota... Krem też nie był idealny- konsystencja świetna, ale smak kawy tak dawał po kubkach smakowych, że nie było czuć praktycznie żadnego innego smaku w cieście. Z nadzieniem nic już nie udało mi się zrobić, ale wydaje mi się, że tak intensywny smak może wynikać z różnic między kawami i tym, jak silny mają aromat. Za to biszkopt po prostu potrzebował czasu. Myślałam, że to jeden z tych deserów, które trzeba "składać" w ostatniej chwili, a okazało się zupełnie inaczej. Kilka godzin w lodówce zmieniło trociny w przepyszną, delikatną roladę o mocnym aromacie kawy.

Tak więc, podsumowując: biszkopt jest wspaniały. Aromat orzechów może za mało orzechowy, ale przygotowanie bardzo przyjemne i po wchłonięciu wilgoci z kremu jest idealnie nawilżony, nie za mokry i nie za suchy. Krem natomiast wymaga zmniejszenia ilości kawy albo całkowitego wyeliminowania jej. A poza tym bajka :) Kolejne roladowe próby będą miały miejsce niebawem!




Rolada orzechowa z musem kawowo-czekoladowym
przepis Anny Olson z książki "Back to Baking"



biszkopt:

  • 1/2 szklanki (125ml) obranych orzechów laskowych, podprażonych,
  • 1/2 szklanki (125ml) mąki pszennej tortowej,
  • szczypta soli, 
  • 6 jaj o temp. pokojowej,
  • 2/3 szklanki (160ml) cukru,
  • 1 łyżeczka (5ml) naturalnego ekstarktu z wanilii (pominęłam, bo użyłam domowego cukru waniliowego zamiast zwykłego),
  • 3 łyżki (45ml) oleju z orzechów laskowych (można zastąpić innym olejem o łagodnym aromacie),
  • cukier puder do zwijania ciasta (kilka łyżek).
Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Blachę o wymiarach 39x26cm wyłóż dokładnie papierem do pieczenia.

Orzechy drobno zmiel wraz z mąką i solą w młynku do kawy lub robocie kuchennym/blenderze (mąkę trzeba dodać, by nie zmielić laskowców zbyt drobno- powstaje wtedy coś między mąką orzechową a masłem i mogłoby to źle wpłynąć na konsystencję biszkoptu).

W metalowej lub szklanej misce wymieszaj jajka z cukrem. Miskę umieść nad garnkiem z delikatnie gotującą się wodą i podgrzewaj, aż jajka osiągną temperaturę 41 st.C. Zdejmij miskę znad garnka i ubijaj mikserem ok 7 minut, aż mieszanina stanie się gęsta, puszysta i jasnożółta- masa ściekająca z mieszadeł miksera powinna zostawiać w misce ślady ("wstążki") przez kilka sekund. Jeśli wzór ginie bardzo szybko, oznacza to, że musisz jeszcze trochę poubijać. Nadal miksując na średnich obrotach, prędko rozsyp mieszankę orzechową i krótko zamieszaj. w osobnej miseczne wymieszaj olej z niewielką ilością (ok. 1 szklanki) ciasta, aż dobrze się połączą. Dodaj tą miksturę do biszkoptu i wymieszaj ręcznie. Przelej masę do przygotowanej foremki i równo rozsmaruj. Piecz ok. 15 minut, do momentu, gdy ciasto leciutko ugina się pod naciskiem palca i ponownie "wraca". Wyjmij z pieca i zostaw, aby nieco przestygło przez 5 minut.

Gdy ciasto będzie jeszcze ciepłe, ale już nie gorące, okrój brzegi nożem, by upewnić się, że ciasto wyjdzie z foremki. Posyp powierzchnię cukrem pudrem, przykryj czystą ściereczką, a następnie deską o podobnym rozmiarze i odwróć blachę. Zdejmij foremkę oraz papier do pieczenia, znowu posyp powierzchnię cukrem pudrem i przykryj czystą ściereczką (ściereczki mają być zatem na powierzchni i na spodzie). Zwniń roladę od krótszego boku razem ze ściereczkami i pozostaw do całkowitego wystygnięcia (dzięki temu ciasto "zapamięta" kształt rolady i nie popęka po rozsmarowaniu nadzienia).


mus orzechowo-czekoladowy:

  • 1 1/2 szklanki ( 375ml) śmietanki 36%,
  • 1 1/2 łyżki (22,5ml) mleka w proszku,
  • 1 łyżka (15ml) kawy rozpuszczalnej w proszku,
  • 120g czekolady deserowej, posiekanej,
  • 2 łyżki (30ml) brandy lub likieru z orzechów laskowych (pominęłam),
  • 1 łyżeczka (5ml) naturalnego ekstraktu z wanilii,
  • kakao do dekoracji.
W garnuszku podgrzej śmietankę, mleko w proszku i kawę. Kiedy mieszanka zawrze, wylej ją na posiekaną czekoladę. Odczekaj 1-2 minuty, a następnie dokładnie wymieszaj. Zostaw do ostygnięcia, a następnie schłódź przez co najmniej kilka godzin, a najlepiej przez noc. 
Schłodzoną mieszankę ubij mikserem na sztywno, a następnie dodaj wanilię i alkohol. 

Odwiń delikatnie biszkopt, wyjmij ściereczki i rozsmaruj wewnątrz połowę musu. Ostrożnie zwiń ciasto w roladę (może być pomocna tutaj ściereczka). Na powierzchni rozsmaruj resztę musu, posyp kakao i odetnij cienkie plastry na obu końcach (Ty możesz sobie pojeść, a przy okazji rolada ładnie się prezentuje). Schłódź roladę przez kilka godzin, a następnie pokrój w plastry.








poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Blondies z masłem orzechowym i kawałkami czekolady



Długo mnie tutaj nie było... Stęskniłam się :) 

Powracam więc z przepisem na amerykański od stóp do głów wypiek, który mocno przypadł mi do gustu.   Upiekłam w końcu swoje pierwsze blondies, czyli jasny odpowiednik brownies. Poszperałam trochę w internecie, trochę w swoich książkach i większość z nich jest zgodna co do jednej kwestii- blondies niekoniecznie muszą być zrobione z czekolady. Choć logika podpowiada, że wystarczy podstawowy przepis na brownies zmodyfikować, podmieniając jedynie ciemną czekoladę na białą, okazuje się, że wcale tak być nie musi. Od składników ważniejsza jest tutaj testura ciasta. Ma być ciężkie, zwarte, najlepiej ciągnące i lepkie. Takie wypieki uwielbiam! Dobrze, jak w składzie jest masło orzechowe, płatki owsiane albo słodkie mleko skondensowane. I jak w wielu amerykańskich ciastach typu bars & squares można wrzucić do nich wszystko, co tylko w glowie zagości- kawałeczki czekolady, ciasteczka Oreo, drażetki M&M's, orzechy, a nawet precelki. Te, które ja upiekłam są dość mocno orzechowe w smaku, całkiem słodkie i tłuste, przeplatane drobinkami deserowej czekolady. Nie mogłam się powstrzymać i posmarowałam je kremem orzechowym- to jest opcja nieobowiązkowa i bez niej blondies też smakowałyby wybornie. Wszystkim tym, którzy uwielbiają ciężkie wypieki, zupełnie różniące się od wyrafinowanych makaroników i czekoladowych musów rodem z paryskiej cukierni, powinny bardzo przypaść do gustu ;)



Blondies z masłem orzechowym i kawałkami czekolady
przepis na ciasto autorstwa Anny Olson
krem własny


ciasto:
  • 1/2 szklanki (125ml=ok. 115g) masła o temp. pokojowej,
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru (pominęłam),
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru trzcinowego muscovado,
  • 2/3 szklanki (160ml) dowolnego masła orzechowego,
  • 2 jajka o temp. pokojowej,
  • 1 szklanka (250ml) mąki pszennej,
  • 1 łyżeczka (5ml) proszku do pieczenia,
  • 1/4 łyżeczki (1ml) sody,
  • szczypta soli (jeśli masło orzechowe jest solone, pomiń ten składnik),
  • 1 szklanka (250ml) ulubionej czekolady, posiekanej (ew. groszki czekoladowe).

Rozgrzej piekarnik do temp. 180 st.C. Kwadratową foremkę o boku 20cm wyłóż papierem do pieczenia tak, by delikatnie wystawał ponad krawędzie.

Utrzyj masło z cukrem na jasny, gładki i puszysty krem. Dodaj masło orzechowe, zmiksuj. Następnie dodawaj po jednym jajku, za każdym razem dokłądnie mieszając. Do miski przesiej mąkę, proszek, sodę i sól i wymieszaj całość. Wsyp czekoladę i łyżką lub szpatułką zamieszaj. Przełóż masę do foremki, rozsmaruj i piecz ok. 30 minut, aż brzegi pięknie się zarumienią, a całość dość mocno urośnie. Wyjmij z pieca i ostudź kompletnie, zanim dobierzesz się do blondies (ciasto opadnie, ale nie przejmuj się- tak ma być). 


krem:
  • 1/4 szklanki (60ml) masła o temp. pokojowej,
  • 3/4 szklanki (180ml) dowolnego masła orzechowego,
  • 3-4 łyżki cukru pudru.
Wszystkie składniki zmiksuj mikserem na gładką, puszystą masę. Jeśli potrzeba dodaj więcej cukru. A gdyby Twoim zdaniem krem okazał się zbyt sztywny, możesz dodać kilka kropli mleka o temp. pokojowej dla roluźnienia masy.
Krem rozmaruj na cieście i wstaw do lodówki, by nieco stężał, zanim pokroich blondies na kawałeczki. Wierzch udekoruj rozpuszczoną czekoladą i orzeszkami ziemnymi.


poniedziałek, 18 marca 2013

Czekolada z masłem orzechowym



Spodobały mi się te zabawy z czekoladą! :)
Nie wiedziałam, co zrobić z resztką czekolady, jaka pozostała mi w misce po zrobieniu pralinek i nasunęło mi się takie oto cudeńko. Jako, że połączenie czekolady i masła fistaszkowego uwielbiam nad życie, na punkcie tej czekoladki oszalałam. Zrobienie jej zajmuje kilka chwil (o ile nie temperuje się czekolady), wygląda uroczo, a smakuje jeszcze lepiej. Można komuś podarować, można poczęstować kogoś, kogo się bardzo lubi, można też pożreć nie dzieląc się z absolutnie nikim, jednocześnie oglądając gotującą Rachel Khoo. Szczególnie polecam to ostatnie ;)



Czekolada z masłem orzechowym

  • dowolna czekolada- gorzka, deserowa, mleczna, biała- byle nie nadziewana i nie taka z dodatkami,
  • kremowe masło orzechowe.
Zacznij od roztopienia czekolady w misce ustawionej na garnku z niewielką ilością gotującej się na wolnym ogniu wody.
Jeśli chcesz, by Twoja czekolada pięknie się prezentowała, masz zamiar podarować ją Komuś lub zależy Ci na tym, by nie topiła się w palcach, utemperuj ją tak, jak opisałam to na początku przepisu na pralinki chałwowe   .

W tym czasie podgrzej masło orzechowe- możesz zrobić to na kilka sposobów:
  1. w mikrofali;
  2. w misce ustawionej nad garnkiem z gotującą się wodą- tak, jak topi się czekoladę;
  3. w słoiku włożonym do niewielkiej ilości gorącej wody- ten sposób polecam najmniej.
Nie chodzi tutaj o to, by masło stało się ciepłe. Tak na prawdę temperatura nie gra tutaj roli. Ważne jest, że po delikatnym podgrzaniu, masło jest nieco bardziej płynne i lepiej się z nim współpracuje. Jeśli nie masz ochoty tego robić, możesz spróbować użyć masła o temperaturze pokojowej, ale dużo trudniej miesza się taką masę z czekoladą. Roztopioną czekoladę wylej na silikonową matę lub papier do pieczenia. Możesz wylać całość, tworząc "tabliczkę" czekolady lub nakładać łyżką indywidualne porcje, tworząc niewielkie czekoladki. Łyżeczką nałóż "plamy" z masła orzechowego (nie potrzeba go wiele, kilka łyżeczek), a następnie przy pomocy wykałaczki spróbuj niedbale zamieszać obie substancje, tworząc piękny marmurkowy wzorek. Wstaw czekoladę do lodówki/zamrażarki lub pozostaw w temperaturze pokojowej do zastygnięcia. Jeśli zdecydowałaś/eś się na utworzenie tabliczki, a nie małych porcji, pokrój ją przy pomocy ostrego noża na kawałki.

środa, 13 marca 2013

Pralinki chałwowe

Szanowni Państwo, proszę fanfary- 

utemperowałam czekoladę! :)

Zbierałam się do tego tyle czasu, rozmyślałam o tym, jakie to trudne, a tu proszę- szast, prast i po sprawie. Nie powiem, stresowałam się trochę czy mi wyjdzie, ale jednak koniec końców wyszło całkiem dobrze.A po co wogóle się to robi? Ano po to, żeby wszelkie czekoladowe wyroby (czy to pralinki, trufle, cakepopsy czy też wykończenie ciastek i batoników albo własnoręcznie wykonane ozdoby) pięknie lśniły, przykuwając naszą uwagę i wzmagając apetyt, oraz nie rozpuszczały się zbyt prędko, gdy trafią w nasze ręce. Na co dzień nie ma sensu zawracać sobie głowy całą tą procedurą, ale jeśli domowe pralinki mają pełnić rolę prezentu, warto trochę się pomęczyć, by efekt końcowy przypominał wyrób profesjonalistów. Kiedy szukałam informacji o temperowaniu czekolady, okazało się, że można to zrobić na kilka sposobów:

  1. Przy użyciu kamienia (np. marmuru), dzięki czemu można szybko przestudzić czekoladę do odpowiedniej temperatury. Ponoć zapewnia to najlepsze rezultaty, a czekolada staje się idealnie błyszcząca i łamliwa.
  2. Metoda, kiedy posiekaną czekoladę dzieli się na trzy części- 2/3 roztapia, a następnie dodaje pozostałe kawałki, co momentalnie schładza miksturę.
  3. Sposób według mnie najprostszy, dlatego zdecydowałam się na niego. Trzeba po prostu czekoladę rozpuścić, schłodzić i ponownie podgrzać.
Można też zainwestować w specjalną maszynę, która dokona tego wszystkiego za nas bez większego wysiłku z naszej strony. Pod warunkiem, że macie na zbyciu kilkaset do kilku tysięcy złotych ;) Nie zważając na to, którą metodę wybierzecie, jedna rzecz jest nie do przeskoczenia- trzeba, po prostu trzeba posiadać termometr cukierniczy. Niestety czekolady podgrzanej do odpowiedniej temperatury nie da się opisać tak samo, jak opisuje się wygląd cukru na każdym etapie jego obróbki (np. przy  okazji gotowania landrynek), a cały proces temperowania opiera się na skomplikowanych procesach chemiczno-fizycznych (nie pytajcie, nie opowiem Wam tego dokładnie, bo jestem totalnym chemiczno-fizyczno-matemtycznym ignorantem). Temperatura odgrywa tutaj kluczową rolę i konieczne jest skrupulatne przestrzeganie wszystkich wytycznych, jeśli chcemy osiągnąć idealny stan skupienia czekolady.

Co do samych pralinek- są pyszne :) I niesamowicie łatwe do przygotowania. Pomysł oparłam na Peanut Butter Cups, które uwielbiam i które można przygotować w mig, nie trzymając się ściśle proporcji. Z tym, że zamiast masła orzechowego użyłam pasty ze zmielonych ziaren sezamu (tahini), delikatnie posłodzonej, co nadaje jej chałwowego aromatu. Nie za bardzo przepadam za płynnym nadzieniem w czekoladkach (bombonierki- bleeeeh...), ale tutaj zupełnie mi ono nie przeszkadzało. Jeśli jednak wolicie bardziej stałe wypełnienia pralinek, zalecałabym dodanie jakiegoś twardego tłuszczu, który zestali delikatnie składniki. Warto jednak pamiętać, że może to wpłynąć na smak. No, i muszę przyznać, że całe to temperowanie sprawiło, że zjedzenie pralinki okazało się bardzo brudzącym zajęciem... Czekolada rzeczywiście pęka i jest chrupiąca, a z niej wydobywa się cudowne nadzienie. Jeszcze nie jestem w 100% zadowolona ze swojego temperowania, bo lśniły jedynie boki i dno, a wierzch miejscami pozostał matowy. To na pewno wynik mojego guzdrania się, przez co czekolada ostygła za bardzo. No cóż, praktyka czyni mistrza... ;)



Pralinki chałwowe

  • gorzka czekolada (użyłam ok. 160g, wyszło mi 6 ogromnych pralin),
  • pasta sezamowa tahini (użyłam 150g, ale sporo zostało),
  • 2-3 łyżeczki syropu z agawy, miodu lub słodu,
  • ew. odrobina mleka dla rozluźnienia masy (ja dodałam ok. 2 łyżeczek domowego mleczka słonecznikowego).
Zaczynamy od temperowania czekolady. Jeśli nie masz ochoty, możesz pominąć ten krok i zastosować czekoladę rozpuszczoną w najzwyczajniej na świecie- w kąpieli wodnej lub w mikrofali.

Połam czekoladę do miski i ustaw ją nad garnkiem z gotującą się wodą (wody powinno być niewiele, zaledwie kilka centymetrów), ustawioną na najmniejszym palniku- zapobiegnie to przypaleniu i zważeniu się czekolady. Kiedy większość roztopi się, włóż do miski termometr cukierniczy i podgrzewaj całość, aż czekolada osiągnie temperaturę 49 st.C / 120 st.F. Zdejmij miskę znad garnka (uważaj, by nie dostała się do niej ani odrobinka wody!), pozostaw w niej termometr i ostudź czekoladę do temperatury 28 st.C / 82 st.F . Następnie postaw miskę ponownie nad garnkiem z gorącą wodą i podgrzej do temperatury 32 st.C / 90 st.F. Twoja czekolada jest już utemperowana! Teraz możesz przejść do przygotowywania pralinek.

Tahini przełóż do miski, dodaj wybrany przez Ciebie słód i zmiksuj mikserem (dzięki temu masa będzie jednolita i gładka). Jeśli według Ciebie nadzienie jest zbyt gęste, dodaj nieco mleka i ponownie zmiksuj.

Na dnie silikonowych foremek (najlepiej takich do pralinek; ja użyłam foremek do muffinek i moje czekoladki są gigantyczne!) umieść około łyżeczki czekolady. Część masy rozsmaruj na ściankach, tworząc ciekną warstwę, a resztę rozprowadź po dnie. Foremki wstaw do zamrażarki na 1-2 minuty. Następnie nałóż po łyżeczce nadzienia, a na nim mieść około łyżeczki czekolady i dokładnie ją rozprowadź. Foremki ponownie umieść w zamrażarce na ok. 3 minuty- aż czekolada całkowicie zastygnie. Gotowe! Proste, nieprawdaż? ;)

Jeśli w trakcie przygotowywania pralinek czekolada zastygnie (ale nie w foremce, tylko w misce, oczywiście), konieczne jest ponowne temperowanie.

Uwaga! Podane wyżej temperatury dotyczą czekolady gorzkiej. Jeśli zamierzasz użyć innego rodzaju czekolady, zastosuj następujące temperatury na poszczególnych etapach temperowania:
  • czekolada gorzka: 48 st.C (120 st.F) - 28 st.C (82 st.F) -  32 st.C (90 st.F),
  • czekolada mleczna: 46 st.C (115 st.F) - 27 st.C (80 st.F) - 30 st.C (86 st.F),
  • czekolada biała: 43 st.C (110 st.F) - 26 st.C (78 st.F) - 28 st.C (82 st.F).

 



środa, 13 lutego 2013

Tort czekoladowy z solonymi fistaszkami w karmelu (wegański)



Ta dam! Post numer 100! Wow... ale ten czas szybko leci...

Ekhm... do rzeczy, czyli do ciasta :) Supersłodkiego, pysznego tortu, o którym wciąż nie mogę przestać myśleć. Historia tego przepisu bardzo mnie ekscytuje (nie mam pojęcia dlaczego, ale takie błahostki wprawiają mnie w taki stan, że mogę fruwać nad ziemią). Otóż zaczęło się od jednego pytania, jakie na swoim fanpejdżu fejsbukowym zadała moja ukochana Anna Olson. Dotyczyło ono ciasta z okazji urodzin Jej męża- jeden spośród  czterech zaproponowanych tortów miał uświetnić przyjęcie solenizanta, a przepis miał być opublikowany w sieci. Mi najbardziej do gustu przypadło ciasto czekoladowe z solonym karmelem i nerkowcami. I na szczęście zwyciężył w tym zacnym plebiscycie! Anna na bieżąco dzieliła się z nami rezultatami swoich działań w kuchni i po trzech próbach w końcu opracowała ten jeden jedyny, idealny przepis. Receptura wkrótce trafiła na oficjalną stronę Anny, a ja z wrażenia omal nie spadłam z krzesła. Gdy tylko go ujrzałam, wiedziałam na pewno, że niebawem zagości też w naszej kuchni. Potrzebowałam tylko odpowiedniej okazji do tego, żeby upiec taki tort. A jak nie ma okazji, to trzeba ją sobie stworzyć. Każdy dzień jest odpowiedni, by celebrować życie, nieprawdaż? Postanowiłam jednak postawić sobie poprzeczkę nieco wyżej i uznałam, że tym razem spróbuję totalnie zweganizować przepis. Po tym, jak upiekłam wegańskie babeczki czekoladowe , które były nieziemsko smaczne, ośmieliłam się nieco bardziej w kwestii wyrzucania zwierzęcych składników z wypieków. Odnajduję w tym na prawdę ogromną radość, kiedy zupełnie roślinne wypieki nie tylko ładnie wyglądają, ale też smakują tak, że niejednemu wszystkożercy zawróciłyby w głowie. No, tym razem też się nie zawiodłam :)

Od razu uprzedzam, że tort jest bardzo słodki. To taki typowy amerykański wypiek, do którego ładuje się tonę cukru (a tak dla uściślenia- tylko do kremu). Ale na swoje usprawiedliwienie przyznam, że specjalnie nie zmniejszałam jego ilości w polewie. Taki rodzaj "frostingu" bywa nazywany krówkowym, więc ze swej natury ma przypominać słodki ulepek. Wiedziałam więc, że cukier puder pełni w nim rolę nie tylko słodzika, ale także decyduje o konsystencji kremu. Bałam się troszkę mieszać w przepisie aż nadto, więc liczyłam się z tym, że efekt może być średnio zjadliwy. Ale wcale tak nie jest. Mimo całej tej słodyczy tort nie jest moim zdaniem mdły. Czuć w im wyraźnie czekoladę i cudowne orzeszki z tą dodatkową krówkową słodyczą. Myślę, że jest to taki rodzaj ciasta, którego nie zjada się całego na raz, ale delektuje się jednym kawałkiem przez godzinę, co jakiś czas sięgając po kęs, by za chwilę przełamać jego aromat łykiem delikatnej herbaty. Samo ciasto natomiast jest po prostu GENIALNE! Właśnie trafiło u mnie na pierwsze miejsce listy najlepszych wegańskich ciast, o ile nie najlepszych ciast wogóle. Jest delikatne i wilgotne, mięciutkie, idealnie słodkie i czekoladowe. Nie ma takiej możliwości, żeby ktokolwiek odgadł, że jest bez jajek czy masła, nie wspominając nawet o obecności siemienia lnianego. Zachwycam się nim nieustająco, gdy tylko jego odrobinka dotyka mego podniebienia- cudo! A kolejnym fantastycznym akcentem w tym torcie są słone orzeszki w karmelu. Przyznam szczerze, że gdyby ich zabrakło, tort nie byłby tak urzekający. Niesamowite (jedne z moich ulubionych w ostatnim czasie) połączenie słodkiego karmelu i słonych fistaszków jest tak dobre, że aż ciężko to opisać.  Kiedy je przygotowałam, nie mogłam się powstrzymać od ciągłego podjadania! Fantastyczne! Oryginalnie przepis przewiduje użycie orzechów nerkowca, jednak ja miałam pod ręką orzeszki ziemne i zdecydowałam się je wykorzystać. Efekt bardzo mnie zadowolił, więc mogę się jedynie domyślać, jak niebiańsko smakowałoby ciasto z maślanymi nerkowcami. Jak już wspominałam, to wszystko jest dopełnione tym słodkim kremem czekoladowym, który też jest bardzo smaczny. Jeśli tylko uda mi się zredukować ilość cukru, nie tracąc przy tym idealnej konsystencji, na pewno będę chciała go wykorzystywać w różnych innych konfiguracjach tortowo-przekładańcowych.

Jednym słowem-  istna eksplozja smaków, okraszona sporą ilością cukru. Jeśli się go nie boicie, spróbujcie tego tortu. Albo przynajmniej samego ciasta. I do tego te orzeszki. Warto!



Tort czekoladowy z solonymi fistaszkami w karmelu (wegański)
zweganizowany i zmodyfikowany przepis Anny Olson
jego oryginalną wersję można znaleźć tutaj 


ciasto:
  • 2 łyżki (30ml) zmielonego siemienia lnianego,
  • 6 łyżek (90ml) bardzo  gorącej wody,
  • 1 szklanka (250ml) mleka sojowego,
  • 1 łyżka (15ml) soku z cytryny,  
  • 120g gorzkiej czekolady, połamanej na kawałeczki,
  • 3/4 szklanki (180ml) gorącej kawy,
  • 2 szklanki (500ml) mąki pszennej,
  • 1/4 szklanki (60ml) gorzkiego kakao w proszku,
  • 1 łyżeczka (5ml) proszku do pieczenia,
  • 1 łyżeczka (5ml) sody,
  • szczypta soli,
  • 3/4 szklanki (180ml) cukru trzcinowego muscovado,
  • 6 łyżek (90ml) cukru (użyłam domowego waniliowego),
  • 1/2 szklanki (125ml) oleju.     

Siemię lniane wsyp do miseczki i zalej bardzo gorącą wodą. Zamieszaj dokładnie i dostaw na ok. 10 minut, by utworzył się kleik. W dużej misce wymieszaj mleko z sokiem z cytryny i również odstaw na 10 minut, by zgęstniało (ścięło się) i z wyglądu przypominało maślankę.

Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Dwie foremki o średnicy ok. 20cm wysmaruj olejem, dno wyłóż papierem do pieczenia, a boki wysyp mąką.

W miseczce umieść połamaną na kawałeczki czekoladę, zalej gorącą kawą i odstaw na 1 minutę. Następnie dokładnie wymieszaj tak, by rozpuścić czekoladę (Anna Olson pisała, że jeśli są grudki, to nie ma tragedii i jest to całkiem dopuszczalne, choć moja mieszanina była idealnie gładka). Odłóż na bok. Do osobnej miski przesiej mąkę, kakao, proszek, sodę i sól. Do miski, w której utworzyła się "sojowa maślanka" dodaj cukier trzcinowy i biały, olej oraz kleik z siemienia, a następnie dokładnie wymieszaj trzepaczką. Do tej mieszanki wsyp zwartość miski z  suchymi składnikami, wymieszaj tak, by pozbyć się wszelkich grudek. Wlej czekoladę rozpuszczoną w kawie i ponownie zamieszaj. Masę rozłóż między dwie foremki i wstaw do piekarnika na ok. 35 minut (patyczek wbity w środek ciasta powinien wyjść suchy). Wyjmij i ostudź kompletnie.

Sos karmelowy:
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru,
  • 2 łyżki (30ml) wody,
  • 1 łyżeczka (5ml) soku z cytryny,
  • 1/4 szklanki (60ml) mleka kokosowego (można zastąpić roślinną śmietanką- czymś w miarę gęstym i tłustym, by nie zważyło się pod wpływem temperatury).
W garnku o grubym dnie umieść cukier z wodą i sokiem z cytryny. Całość doprowadź do wrzenia i gotuj dalej. W pogotowiu miej przygotowane mleko kokosowe i trzepaczkę. Kiedy cukier w garnku nabierze karmelowej/bursztynowej barwy, zdejmij go z ognia, wlej mleko i zamieszaj (uwaga! Masa jest bardzo, bardzo gorąca i po dodaniu płynu zaczyna mocno parować, warto więc odsunąć twarz znad garnka i ostrożnie wykonywać wszystkie czynności). Pogotuj masę przez kolejne 2 minut, a następnie ostrożnie przelej do miseczki i ostudź kompletnie (niech Cię nawet nie kusi oblizywanie łyżki- chyba, że totalnie poparzony język Ci niestraszny).

Karmelizowane słone orzeszki:
  • 2 szklanki (500ml) solonych, prażonych orzeszków ziemnych,
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru,
  •  2 łyżki (30ml) wody.
Orzeszki wysyp na blachę i włóż do ciepłego piekarnika (jego temperatura nie jest istotna, ważne, by fistaszki nie trafiły chłodne do karmelu- wówczas doszłoby do szoku termicznego i zbiłby się on w grudki. Orzeszki mają być po prostu ciepłe. Ja wstawiłam moje do piekarnika, który był jeszcze ciepły po pieczeniu ciasta). Cukier i wodę doprowadź do wrzenia, a następnie gotuj, aż masa nabierze koloru karmelu/bursztynu. Wsyp ciepłe orzeszki i na małym ogniu dokładnie wymieszaj je drewnianą łyżką z karmelem. Kiedy wszystkie będą pokryte sosem, wyłóż je blachę i rozprowadź po jej powierzchni, jak bardzo jest to możliwe. Zostaw do ostudzenia.

Krem czekoladowy:
  • 2 szklanki (500ml) cukru pudru,
  • 1/3 szklanki (80ml) gorzkiego kakao w proszku,
  • 115g wegańskiej margaryny (takiej, która konsystencją przypomina masło, jest dość stała, a nie miękka i "smarowna"),
  • 120g gorzkiej czekolady, połamanej na kawałeczki,
  • 2/3 szklanki (160ml) gęstego mleka kokosowego (na prawdę gęstego! Ma ono zastępować tutaj kwaśną śmietanę, więc powinno mieć podobną konsystencję. Moje takie właśnie było, ale jeśli Twoje jest dość rzadkie, radziłabym użyć "śmietanki", która zbiera się na powierzchni puszki po kilku godzinach chłodzenia w lodówce lub zmiksowanie go z tofu, by uzyskać podobny efekt).
Do miski przesiej cukier puder i kakao.
Masło i czekoladę rozpuść w dużej misce umieszczonej nad garnkiem z parującą wodą. Póki masa jest jeszcze ciepła wmiksuj do niej cukier puder z kakao, a następnie mleczko. 

Składanie tortu:

Połowę orzeszków posiekaj i wymieszaj z sosem karmelowym. Dodaj do tego 1/2 szklanki kremu czekoladowego, dokładnie zamieszaj. Resztę orzeszków połam na mniejsze kawałeczki.
Z ostudzonych blatów ciasta odetnij wystające czubki, by wyrównać powierzchnię (nie jest to konieczne, ale ładnie wygląda. Ja z gapiostwa wyrównałam tylko jeden blat, a z drugiego odcięłam tylko tą część, która bardzo wystawała ponad krawędzie. Przez to warstwy tortu wyszły nierówne i doprowadza mnie to do szaleństwa, ale cóż... takie życie). Na jednym blacie rozsmaruj masę karmelowo-orzechowo-czekoladową i przykryj drugim plackiem. Na wierzchu i po bokach rozsmaruj krem czekoladowy, pozostawiając część do dekoracji szprycą (mi i tak zostało ok. 1/2 szklanki kremu. Poza tym, nie trzeba grubej warstwy polewy, bo jest ona bardzo słodka). Jeśli masa wydaje Ci się nieco zbyt miękka, by dekorować lub smarować nią ciasto wstaw ją na chwilę do zamrażarki, potem dokładnie przemieszaj i użyj według planu. Na wierzchu tortu ułóż połamane orzeszki w karmelu. Ciasto wstaw do lodówki, by stężało i tam też je przechowuj. Tort bardzo ładnie się kroi, choć orzeszki na wierzchu mogą momentami stanowić wyzwanie dla noża :) 






Wiem, że ostatnie zdjęcie może przeczyć stwierdzeniu "ładnie się kroi", ale oczywiście było robione zanim tort stężał, tuż po jego złożeniu. Po wstawieniu do lodówki masa w środku ścięła się delikatnie i nie wypływała.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...