Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegańskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 maja 2014

Sernik z kaszy jaglanej i tofu na czekoladowym spodzie


Czy można zrobić sernik bez sera? A konkretnie, czy można zrobić sernik z kaszy jaglanej? Można!
A w dodatku smakuje tak, że wcale nie brakuje nam twarogu czy innych zbędnych dodatków. Co prawda nie da się nim oszukać wielbicieli tradycyjnego sernika, ale mimo to nie boję się nazwać go niezłym ciachem. Ma świetny czekoladowy spód, wilgotne i nieco maślane nadzienie o cytrusowym aromacie oraz cieniutką warstwę pysznej gorzkiej czekolady. Zjadłam go z wielkim apetytem, a nawet Tata (który tego typu wynalazki traktuje z dystansem) zjadł cały kawałek, twierdząc, że jest niezły.


Sernik z kaszy jaglanej i tofu na czekoladowym spodzie

masa "sernikowa":

  • 1/2 szklanki (125ml) kaszy jaglanej,
  • 1 1/2 szklanki (375ml) mleka roślinnego (polecam sojowe; po użyciu ryżowego waniliowego ciasto miało dość specyficzny aromat, który mi osobiście nie do końca odpowiadał),
  • 200ml soku z pomarańczy (2 duże sztuki),
  • 50ml soku z cytryny (1 sztuka),
  • 360g tofu,
  • 1/3 szklanki (80ml) cukru (lub więcej/mniej do smaku),
  • 1 łyżka (15ml) cukru z wanilią,
  • 2 łyżki (30ml) skrobii kukurydzianej,
  • 2 łyżki (30ml) mąki pszennej,
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 1/4 szklanki (60ml) oleju.
Kaszę podpraż w garnuszku, aż stanie się blada i zacznie ładnie pachnieć. Następnie przesyp ją na sitko i przepłucz pod bieżącą wodą. Ponownie umieść kaszę w garnuszku (najlepiej takim o grubym dnie, który zapobiegnie przywieraniu ziarenek podczas gotowania), zalej mlekiem i zagotuj. Przykryj garnek pokrywką, zmniejsz ogień i gotuj, aż kasza wchłonie cały płyn. Odstaw do przestudzenia.

Do blendera wrzuć ugotowaną kaszę, dolej sok z pomarańczy i cytryny, zmiksuj na gładki krem. Dodaj pokruszone tofu z cukrem i ponownie zmiksuj na gładko. Skosztuj masy i oceń, czy nie potrzeba dodać więcej słodkości, pamiętając, że masa po upieczeniu będzie mniej słodka niż ta na "surowo". Następnie do masy dodaj skrobię, mąkę, proszek i olej, zmiksuj tylko do połączenia składników.

Odstaw masę na chwilkę na bok i przygotuj czekoladowy spód.


spód:

  • 1 szklanka (250ml) mąki pszennej,
  • 3 łyżki (45ml) gorzkiego kakao,
  • szczypta soli,
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 1/4 szklanki (60ml) cukru,
  • 1 łyżka (15ml) zmielonego siemienia lnianego,
  • 8 łyżek (120ml) mleka roślinnego,
  • 2 łyżki (30ml) oleju,
  • 65g gorzkiej czekolady, rozpuszczonej.
Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Okrągłą formę o średnicy ok 23 cm wyłóż na dnie i po bokach papierem do pieczenia.

Do miski przesiej mąkę z kakao, solą i proszkiem. Dodaj cukier i dobrze zamieszaj. W osobnej miseczce zalej siemię lniane gorącym (ja zazwyczaj używam wrzątku) mlekiem, wymieszaj i odstaw na kilka minut, by utworzył się kleik i by masa nieco przestygła. Do tej mieszanki dodaj olej i roztopioną czekoladę, dobrze wymieszaj. Wlej mokre składniki do suchych i zamieszaj do połączenia składników. 

Przygotowany spód wyłóż na dnie przygotowanej tortownicy i równomiernie rozłóż palcami po całej powierzchni (masa jest bardzo gęsta i nieco tłusta, przypomina trochę brownie- ale tak ma być). Na czekoladową masę wylej masę "sernikową". Wstaw do piekarnika na 15 minut. Po tym czasie zmniejsz temperaturę do 160 st.C i piecz przez następne 40-45 minut, aż sernik zarumieni się i przy dotknięciu jego powierzchni nie będzie dygotał. Gdy nim potrzęsiesz- zadygota- ale taka jego uroda. Wyłącz piekarnik i pozostaw w nim formę z ciastem przy otwartych drzwiczkach, aż całkowicie ostygnie. Następnie wstaw go do lodówki na kilka godzin (nie wiem, czy to konieczne, ale ja tak zrobiłam i serniczek wyszedł gładki, wilgotny i zwarty zarazem). Następnie polej go polewą:

polewa:
  • 135g gorzkiej czekolady, połamanej na kawałeczki,
  • 2 łyżki (30ml) oleju.
Czekoladę rozpuść z olejem w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce. Dobrze wymieszaj i wylej na przygotowany sernik. Pozostaw do zastygnięcia, a następnie udekoruj (ja użyłam mielonych orzechów arachidowych) lub od razu zabierz się do krojenia tego cudnego ciacha.

Enjoy!



czwartek, 1 maja 2014

Przekładaniec czekoladowo-orzechowy


Przy pieczeniu ciast bardzo ważna jest dobra organizacja pracy. Dobrze jest przemyśleć cały proces przygotowana deseru, żeby wiedzieć, od którego komponentu zacząć, a który wymaga naszej uwagi w ostatniej chwili. Bez tego można spędzić cały dzień w kuchni, popadając przy tym w depresję i skutecznie obrzydzając sobie jakiekolwiek cukiernicze eksperymenty. Dlatego też lubię pewne elementy deseru przygotować sobie wcześniej, by później móc w spokoju złożyć je w jedną całość, bez większego stresu i zniecierpliwienia. Czasem jest to budyń do tarty ugotowany dzień wcześniej, czasem owoce zamienione w apetyczne nadzienie do pucharków lodowych, innym razem będzie to kruche ciasto przygotowane na zapas i spokojnie czekające na odpowiednią okazję w zamrażarce. Bywa i tak, że kiedy dopada mnie wena piekę blaty ciasta- waniliowego czy czekoladowego- i zamiast wykorzystywać od razu, szczelnie owijam je folią spożywczą i chowam w czeluściach tej mroźnej szafy. Dzięki temu mogę w bardzo krótkim czasie stworzyć rozmaite torty i im podobne frykasy.

Tak było właśnie z tym przekładańcem. Miałam ochotę na mocno czekoladowy deser z dużą ilością kremu. Przypomniało mi się, że w zamrażarce spokojnie wyleguje się spory kawał mojego ulubionego ciasta, pozostało więc zająć się nadzieniem. Ugotowałam prosty budyń czekoladowy, po wystudzeniu utarłam go z margaryną i efekt nie był zbyt zachwycający. Po chwili zastanowienia dodałam do masy sporą ilość masła orzechowego i... petarda! (jakby to uczestnicy Top Chefa powiedzieli). Smak- jak dla mnie- fenomenalny. Czekoladowy z aromatem i kawałeczkami orzeszków tu i ówdzie. Gęsty i nieco ciężki od budyniu, ale nie zapychający, jak zwykły krem maślany. Zaspokoiłam swoje pragnienie kremowego deseru i już żałuję, że został mi w lodówce tylko jeden kawałek... :)


Przekładaniec czekoladowo-orzechowy
przepis na dużą blachę

  ciasto:
  • 2 łyżki (30ml) zmielonego siemienia lnianego,
  • 6 łyżek (90ml) bardzo  gorącej wody,
  • 1 szklanka (250ml) mleka sojowego,
  • 1 łyżka (15ml) soku z cytryny,  
  • 120g gorzkiej czekolady, połamanej na kawałeczki,
  • 3/4 szklanki (180ml) gorącej kawy,
  • 2 szklanki (500ml) mąki pszennej,
  • 1/4 szklanki (60ml) gorzkiego kakao w proszku,
  • 1 łyżeczka (5ml) proszku do pieczenia,
  • 1 łyżeczka (5ml) sody,
  • szczypta soli,
  • 3/4 szklanki (180ml) cukru trzcinowego muscovado,
  • 6 łyżek (90ml) cukru (użyłam domowego waniliowego),
  • 1/2 szklanki (125ml) oleju.     

Siemię lniane wsyp do miseczki i zalej bardzo gorącą wodą. Zamieszaj dokładnie i dostaw na ok. 10 minut, by utworzył się kleik. W dużej misce wymieszaj mleko z sokiem z cytryny i również odstaw na 10 minut, by zgęstniało (ścięło się) i z wyglądu przypominało maślankę.

Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Prostokątną formę o wymiarach mniej więcej 25cm x 30cm wyłóż na dnie i po bokach papierem do pieczenia.

W miseczce umieść połamaną na kawałeczki czekoladę, zalej gorącą kawą i odstaw na 1 minutę. Następnie dokładnie wymieszaj tak, by rozpuścić czekoladę (mogą pozostać grudki). Odłóż na bok. Do osobnej miski przesiej mąkę, kakao, proszek, sodę i sól. Do miski, w której utworzyła się "sojowa maślanka" dodaj cukier trzcinowy i biały, olej oraz kleik z siemienia, a następnie dokładnie wymieszaj trzepaczką. Do tej mieszanki wsyp zwartość miski z  suchymi składnikami, wymieszaj tak, by pozbyć się wszelkich grudek. Wlej czekoladę rozpuszczoną w kawie i ponownie zamieszaj. Masę wylej do foremki i wstaw do piekarnika na ok. 20-25 minut (patyczek wbity w środek ciasta powinien wyjść suchy). Wyjmij i ostudź kompletnie. Następnie odetnij z każdego brzegu 1cm margines (możesz go zjeść albo wymieszać z odrobiną kremu, by przygotować cake popsy. Jeśli zaś zastąpisz krem dżemem i dorzucisz bakalie oraz pokruszone herbatniki, otrzymasz bajaderkę). Poziomo przetnij ciasto na pół i odłóż, by przygotować krem.

krem:
  • 500ml mleka (użyłam sojowego naturalnego),
  • 1/4 szklanki (4 łyżki = 60ml) skrobii kukurydzianej,
  • 3 łyżki (45ml) cukru,
  • 100g gorzkiej czekolady,
  • 200g wegańskiej margaryny o temp. pokojowej (możesz zastąpić masłem, jeśli jesz nabiał),
  • 1 szklanka (250ml) masła orzechowego z kawałkami orzechów,
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru pudru.
Około 3/4 podanej ilości mleka wlej do garnuszka i podgrzewaj na średnim ogniu. Pozostały płyn wymieszaj dokładnie ze skrobią i cukrem. Kiedy mleko w garnku zagotuje, ciągle mieszając trzepaczką, wlej roztwór ze skrobią. Gdy masa ponownie zawrze, gotuj ją przez kolejne 1-2 minuty, następnie zdejmij z palnika i wsyp połamaną na kawałeczki czekoladę. Dokładnie wymieszaj i odstaw do całkowitego ostudzenia, od czasu do czasu mieszając (nie wstawiaj budyniu do lodówki! Ma pozostać w temperaturze pokojowej, inaczej margaryna zetnie się w grudkowatą masę). 
W misce utrzyj mikserem margarynę z masłem orzechowym na puszystą masę. Następnie dodawaj do masy po łyżce budyniu, cały czas miksując. Na koniec dodaj cukier puder, miksuj jeszcze chwilę, aż składniki dobrze się połączą.

Na jednym blacie ciasta rozsmaruj 1/3 kremu, przykryj drugim plackiem. Na nim ułóż kolejną porcję (1/3) masy. Resztę kremu rozsmaruj po bokach. Jeśli zostanie Ci trochę tej pysznej czekoladowo-orzechowej masy, możesz wykonać dekoracje przy pomocy rękawa cukierniczego lub po prostu odłożyć do pojemniczka i używać, jak Nutelli. Przygotowane ciasto wstaw na ok. 1 godzinę do lodówki, by stężało, a smaki połączyły się. Potem pokrój ciacho na porcje i rozkoszuj się jego smakiem.

Enjoy!




czwartek, 17 kwietnia 2014

Wegański kajmak


Kajmak, masa krówkowa, krem karmelowy... jakkolwiek by nazwać tą słodką masę, zawsze będzie oznaczała jedno- górę cukru ugotowaną z mlekiem. Tradycyjnie przygotowuje się ją z mleka skondensowanego, gotowanego przez długi czas, do uzyskania wspaniałej bursztynowej barwy i głębokiego aromatu palonego cukru. Kajmak można ugotować w domu także ze "zwykłego" mleka, co zajmuje jeszcze więcej czasu i niekoniecznie kończy się sukcesem. Pamiętam, że za każdym razem, gdy próbowałam swoich sił w tej dziedzinie efekt był ten sam- kolor piękny, smak właściwy, ale konsystencja pozostawiała wiele do życzenia. Na początku wydawała się idealna, ale po spędzeniu nocy czy to w lodówce, czy na kuchennym blacie; czy to szczelnie zamknięta czy też odkryta- zawsze się kruszyła. A nie o to mi chodzi.

Postanowiłam tym razem pobawić się wegańską wersją masy krówkowej, która tym razem miała pozostać kremowa i ciągnąca przez długi czas. I tak też się stało! Przygotowałam kajmak w bardzo nietradycyjny sposób, ale najważniejsze dla mnie jest to, że smakuje i wygląda odpowiednio. Jest bardzo słodki (jak na prawdziwy kajmak przystało), gęsty, kremowy i przyjemnie mleczny. Ciężko odróżnić go od tradycyjnego kremu karmelowego. Cel został więc osiągnięty :)


Wegański kajmak
proporcje na ok. 200-250ml kremu


  • 1 szklanka (250ml) cukru,
  • 2 łyżeczki (10ml) octu jabłkowego lub soku z cytryny,
  • 200ml mleka sojowego,
  • 1/3 szklanki (80ml) mleka sojowego w proszku,
  • 1 łyżeczka (5ml) oleju.
Do niedużego garnka o grubym dnie wsyp cukier, dodaj ocet lub sok z cytryny i tyle wody, aby delikatnie zwilżyła cukier (ok. 2-3 łyżki). Podgrzewaj masę na średnim ogniu nie mieszając- jeśli jest taka potrzeba, możesz delikatnie pokołysać garnuszkiem, aby zmieszać masę. Podgrzewaj do czasu, aż cukier osiągnie bursztynową, lekko karmelową barwę. Zdejmij garnek z palnika i dodaj połowę mleka sojowego (uwaga! masa jest bardzo gorąca i w zetknięciu z płynem zacznie mocno parować i bulgotać. Odsuń więc twarz znad garnka, by się nie poparzyć.), szybko wymieszaj trzepaczką. Następnie wlej resztę mleka, dodaj mleko w proszku i olej. Całość wymieszaj dokładnie, a potem ponownie podgrzewaj na średnim ogniu przez ok. 15 minut (jeśli garnek ma niskie ścianki gotuj masę krócej, bo szybciej wyparuje, ok 10 minut). Po tym czasie kajmak powinien mieć gęstą konsystencję, jak syrop, powinien lepić się do łyżki, ale nie jest jeszcze tak gęsty, jak tradycyjna masa krówkowa. Ale spokojnie- w miarę stygnięcia masa będzie gęstnieć. Nie próbuj tylko polizać łyżki, bo sparzysz sobie język. Poczekaj chwilkę albo dmuchaj intensywnie ;) Przelej masę do miseczki albo pojemniczka i ostudź, mieszając od czasu do czasu. Następnie przykryj. 

Enjoy!






Wielkanocne Smaki - edycja IV Wielkanoc bez glutenu. Smaki dzieciństwa

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Słonecznikowiec


Mieszkam na Śląsku i mamy tutaj kilka zwyczajów, których próżno szukać w innych regionach Polski. Jednym z nich jest dziubanie słonecznika. Tak kilkuletnie bajtle, jak i leciwi obywatele- wszyscy namiętnie wyskubują zębami ziarenka słonecznika z łupinek obsypanych delikatnie solą. I nie jest to wyłącznie akt jedzenia, to przede wszystkim spoiwo wszelkich spotkań towarzyskich. Siemki najlepiej smakują podczas oglądania meczów na żywo, spotkań przy piwie w parku letnią porą, a nie najgorzej wypadają też podczas samotnych seansów przed telewizorem.

Przez większość swojego niedługiego życia sądziłam, że słonecznik jada się wyłącznie w ten sposób i to na całym świecie. Przecież we wszystkich sklepach, jakie znałam i odwiedzałam był zawsze dostępny (i to w dwóch wersjach: białej i czarnej) i tani. Te smakowite ziarenka sprzedawane bez łupinek wydawały mi się całkowicie absurdalnym pomysłem, na który pokusić mógł się jedynie ktoś bez zębów. Dopiero kiedy podrosłam odrobinkę i poznałam kilka miejsc oddalonych od Śląska, okazało się, że znalezienie siemków nie jest wcale takie łatwe, jak mi się wydawało. Za to łuskane ziarno słonecznika używa się w kuchni tak, jak pestek dyni czy orzechów. Dlatego pomysł na ciasto z jego dodatkiem natychmiast wywołał u mnie lawinę dobrych myśli i entuzjazmu.

Przeszukałam internet i znalazłam kilka wersji słonecznikowca, które nieznacznie różniły się od siebie. Większość z nich wspominała o karmelu (lub kajmaku) i czekoladzie. Postanowiłam więc pobawić się tym połączeniem i stworzyć własną wersję słonecznikowego przekładańca. Upiekłam jedno ze swoich ulubionych ciast czekoladowych, ugotowałam karmelowy budyń, uprażyłam też głównego bohatera tego deseru w karmelowej masie. Po złożeniu całość wyglądała zachęcająco, a smakowała... pysznie! Wszystkie aromaty bardzo ładnie komponowały się ze sobą, a chrupiący słonecznik nadawał ciastu ciekawego charakteru. Chciało się go jeść więcej i więcej! Ciacho cieszyło się sporym powodzeniem, nawet wśród tych, którzy nie przepadają za kremowymi deserami. A co najciekawsze- było wegańskie :)


Słonecznikowiec


ciasto:
  • 2 łyżki (30ml) zmielonego siemienia lnianego*,
  • 6 łyżek (90ml) bardzo  gorącej wody*,
  • 1 szklanka (250ml) mleka sojowego,
  • 1 łyżka (15ml) soku z cytryny,  
  • 120g gorzkiej czekolady, połamanej na kawałeczki,
  • 3/4 szklanki (180ml) gorącej kawy,
  • 2 szklanki (500ml) mąki pszennej,
  • 1/4 szklanki (60ml) gorzkiego kakao w proszku,
  • 1 łyżeczka (5ml) proszku do pieczenia,
  • 1 łyżeczka (5ml) sody,
  • szczypta soli,
  • 3/4 szklanki (180ml) cukru trzcinowego muscovado,
  • 6 łyżek (90ml) cukru (użyłam domowego waniliowego),
  • 1/2 szklanki (125ml) oleju.     

Siemię lniane wsyp do miseczki i zalej bardzo gorącą wodą. Zamieszaj dokładnie i dostaw na ok. 10 minut, by utworzył się kleik. W dużej misce wymieszaj mleko z sokiem z cytryny i również odstaw na 10 minut, by zgęstniało (ścięło się) i z wyglądu przypominało maślankę.

Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Prostokątną formę o wymiarach mniej więcej 25cm x 30cm wyłóż na dnie i po bokach papierem do pieczenia.

W miseczce umieść połamaną na kawałeczki czekoladę, zalej gorącą kawą i odstaw na 1 minutę. Następnie dokładnie wymieszaj tak, by rozpuścić czekoladę (mogą pozostać grudki). Odłóż na bok. Do osobnej miski przesiej mąkę, kakao, proszek, sodę i sól. Do miski, w której utworzyła się "sojowa maślanka" dodaj cukier trzcinowy i biały, olej oraz kleik z siemienia, a następnie dokładnie wymieszaj trzepaczką. Do tej mieszanki wsyp zwartość miski z  suchymi składnikami, wymieszaj tak, by pozbyć się wszelkich grudek. Wlej czekoladę rozpuszczoną w kawie i ponownie zamieszaj. Masę wylej do foremki i wstaw do piekarnika na ok. 20-25 minut (patyczek wbity w środek ciasta powinien wyjść suchy). Wyjmij i ostudź kompletnie.

* Jeśli nie masz lub nie chcesz stosować siemienia lnianego, zastąp go 2 jajkami. Nie dodawaj też podanej w przepisie gorącej wody.

karmelizowany słonecznik:
  • 150g margaryny wegańskiej (lub masła, jeśli nie jesteś na diecie wegańskiej),
  • 3/4 szklanki (180ml) cukru,
  • 2 łyżki (30ml) mleka (użyłam sojowego),
  • 400g łuskanego słonecznika.
Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Płaską, dużą blachę wyłóż papierem do pieczenia.

W garnku umieść margarynę, cukier i mleko. Całość rozpuść i zagotuj. Następnie wsyp do tej mieszanki słonecznik i wymieszaj tak, by wszystkie ziarenka dokładnie pokryły się słodkim syropem. Masę przełóż na blachę i piecz tak długo, aż słonecznik zarumieni się. Pamiętaj, by co kilka minut mieszać ziarenka, by mogły upiec się równomiernie i nie przypaliły. Wyjmij z pieca i ostudź. 

krem karmelowy:
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru,
  • 2 łyżeczki (10ml) soku z cytryny lub octu jabłkowego,
  • 500ml mleka (użyłam sojowego),
  • 4 łyżki (60ml) skrobii kukurydzianej,
  • 200g margaryny wegańskiej (lub masła, jeśli nie jesteś na diecie wegańskiej).
Do średniej wielkości garnka o grubym dnie wsyp cukier, dodaj sok z cytryny lub ocet i tyle wody, by cukier był jedynie lekko zwilżony. Podgrzewaj na średnim ogniu, aż cukier rozpuści się, zagotuje, a następnie zacznie zmieniać kolor. Kiedy osiągnie bursztynową barwę, zdejmij garnek z palnika i wlej ok. 400ml mleka (zrób to ostrożnie! Cukier jest bardzo gorący i po wlaniu mleka zacznie mocno parować i bulgotać. Odsuń lepiej głowę znad garnka, by się nie poparzyć i mieszaj trzepaczką z bezpiecznej odległości.). Garnek wstaw ponownie na palnik, mieszaj aż karmel całkowicie się rozpuści, a następnie zagotuj masę. Pozostałe 100ml mleka wymieszaj ze skrobią i wlej do garnka, cały czas mieszając trzepaczką. Ponownie zagotuj budyń i po 2-3 minutach zdejmij z palnika. Wylej do miseczki lub pojemniczka, przykryj folią i ostudź kompletnie.

Margarynę utrzyj mikserem na puszysty krem. Następnie stopniowo, łyżka po łyżce, dodawaj wystudzony budyń. Z przygotowanego wcześniej karmelizowanego słonecznika odłóż 2-3 garście, a resztę wsyp do kremu i dokładnie wymieszaj.

Z upieczonego ciasta odetnij z każdej strony 1cm brzeg. Ciasto przetnij poziomo na pół. Jedną część posmaruj 2/3 przygotowanego kremu, przykryj drugim plackiem, a ten pozostałym kremem. Wierzch posyp odłożonym wcześniej karmelizowanym słonecznikiem. Wstaw do lodówki, by krem nieco stężał i zestalił się z ciastem, a smaki w tym czasie przegryzą się.

Ciasto smakuje świetnie zarówno zimne, prosto z lodówki, jak i w temperaturze pokojowej. Bo ono generalnie jest wspaniałe :)

Enjoy!





środa, 8 stycznia 2014

Razowe ciasteczka czekoladowe


Uwielbiam czekoladę (no, kto by pomyślał...), ale z czekoladowymi ciastami i ciasteczkami mam czasami problem. A to dlatego, że większość z nich obok czekolady nigdy nie stało i nią wogóle nie smakują. Są smaczne, pewnie! Ale nie nazywajmy ich czekoladowymi tylko dlatego, że mają w sobie parę łyżeczek kakao w proszku. Tak więc nieufnie i podejżliwie podchodzę do każdego przepisu "czekoladowego", by przypadkiem nie zawieść się, gdy posmakuję efektu mojej ciężkiej pracy w kuchni.

Z tymi ciasteczkami na szczęście udało się uniknąć rozczarowania i okazały się baaardzo czekoladowe. Skorzystałam z przepisu mistrzyni wegańskiej kuchni, Isy Chandry Moscowitz, więc efekt musiał być co najmniej zadowalający. Wprowadziłam jednak kilka zmian, które troszkę "uzdrowiły" te ciasteczka. Tak więc w miejscu zwykłej białej mąki pojawiła się jej razowa siostra, która nadała swojego charakterystycznego orzechowego posmaku. Zmniejszyłam też ilość cukru (można powiedzieć, że drastycznie), dzięki czemu ciastka nie przytłaczały swoją słodyczą. Dodam jeszcze, że przypominają troszkę brownie- są cudownie mięciutkie i wilgotne w środku, z zewnątrz zaś pokryte są cienką, chrupiącą warstewką. Pyszotka :)


Razowe ciasteczka czekoladowe
zmodyfikowany przepis Isy Chandry Moskowitz,
z receptury otrzymasz ok. 10 sporych ciasteczek


  • 1 łyżki (15ml) zmielonego siemienia lnianego,
  • 1/4 szklanki (60ml) mleka sojowego,
  • 6 łyżek (90ml) oleju,
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru trzcinowego,
  • 1 szklanka (250ml) drobno mielonej mąki pszennej razowej,
  • 6 łyżek (90ml) kakao w proszku,
  • 1/2 łyżeczki (2ml) sody,
  • szczypta soli,
  • 1 tabliczka (100g) gorzkiej czekolady, posiekanej lub połamanej na kawałeczki.

 Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Blachę o nikich brzegach wyłóż papierem do pieczenia.


Zmielone siemię lnianeg zalej gorącym mlekiem sojowym, dokładnie wymieszaj i odstaw na ok. 10 minut- aż utworzy się zwarty kleik.
W misce wymieszaj olej z cukrem. Dodaj kleik z siemienia i połącz składniki. Do tej mieszanki wsyp mąkę wymieszaną z kakao, sodą i solą, zamieszaj tylko do połączenia składników. Wsyp połamaną czekoladę, wymieszaj. Układaj na blasze kulki ciasta i spłaszcze delikatnie ręką. Wstaw do piekarnika na ok. 10 minut. (może się wydawać, że po tym czasie ciasteczka nie są jeszcze upieczone, jednak stwardnieją nieco po wystudzeniu. Podobnie jak brownie, warto zadbać o to, by nie przepiec ciastek, aby pozostały wilgotne i mięciutkie. Zalecam zdejmowanie ich z blaszki co najmniej po 2-3 minutach od wyjęcia z piekatnika, inaczej mogą się rozpaść). Wyjmij z pieca i otudź. Albo zjedz od razu- raz się żyje! ;-)

Enjoy!








wtorek, 10 grudnia 2013

Tort czekoladowo-chałwowy (wegański)


Tort dokładnie taki, jaki lubię- intensywnie czekoladowy, nie za lekki, z nutką orzechowego posmaku. W tej roli występuje akurat pasta sezamowa tahini, która w połączeniu z cukrem pudrem ma przypominać chałwę. Krem jest jednak nie tak słodki, jak wspomniany "batonik". Bo sam torcik też nie powala słodkością, choć jest na tyle sycący, że wystarczy zjeść mały kawałek, by zaspokoić swoje pragnienie na słodycze. Przygotowanie ciasta i kremów nie sprawia większych problemów, co też jest dużym plusem. A jak dodam do tego, że tort jest wegański, nie powinniście mieć już wątpliwości, czy warto go upiec. Warto!


Tort czekoladowo-chałwowy

ciasto:
  • 2 łyżki (30ml) zmielonego siemienia lnianego,
  • 6 łyżek (90ml) bardzo  gorącej wody,
  • 1 szklanka (250ml) mleka sojowego,
  • 1 łyżka (15ml) soku z cytryny,  
  • 120g gorzkiej czekolady, połamanej na kawałeczki,
  • 3/4 szklanki (180ml) gorącej kawy,
  • 2 szklanki (500ml) mąki pszennej,
  • 1/4 szklanki (60ml) gorzkiego kakao w proszku,
  • 1 łyżeczka (5ml) proszku do pieczenia,
  • 1 łyżeczka (5ml) sody,
  • szczypta soli,
  • 3/4 szklanki (180ml) cukru trzcinowego muscovado,
  • 6 łyżek (90ml) cukru (użyłam domowego waniliowego),
  • 1/2 szklanki (125ml) oleju.     

Siemię lniane wsyp do miseczki i zalej bardzo gorącą wodą. Zamieszaj dokładnie i dostaw na ok. 10 minut, by utworzył się kleik. W dużej misce wymieszaj mleko z sokiem z cytryny i również odstaw na 10 minut, by zgęstniało (ścięło się) i z wyglądu przypominało maślankę.

Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Dwie foremki o średnicy ok. 20cm wysmaruj olejem, dno wyłóż papierem do pieczenia, a boki wysyp mąką.

W miseczce umieść połamaną na kawałeczki czekoladę, zalej gorącą kawą i odstaw na 1 minutę. Następnie dokładnie wymieszaj tak, by rozpuścić czekoladę (Anna Olson pisała, że jeśli są grudki, to nie ma tragedii i jest to całkiem dopuszczalne, choć moja mieszanina była idealnie gładka). Odłóż na bok. Do osobnej miski przesiej mąkę, kakao, proszek, sodę i sól. Do miski, w której utworzyła się "sojowa maślanka" dodaj cukier trzcinowy i biały, olej oraz kleik z siemienia, a następnie dokładnie wymieszaj trzepaczką. Do tej mieszanki wsyp zwartość miski z  suchymi składnikami, wymieszaj tak, by pozbyć się wszelkich grudek. Wlej czekoladę rozpuszczoną w kawie i ponownie zamieszaj. Masę rozłóż między dwie foremki i wstaw do piekarnika na ok. 35 minut (patyczek wbity w środek ciasta powinien wyjść suchy). Wyjmij i ostudź kompletnie. Następnie przekrój każdy blat na dwa placki (jeśli wcześniej schłodzić ciasto lub nawet lekko przymrozisz, to zadanie będzie o wiele łatwiejsze).

krem chałwowy:

  • 100g wegańskiej margaryny o temp. pokojowej (jeśli nie jesteś weganinem/weganką możesz zastąpić masłem),
  • 1/2 szklanki (125ml) pasty sezamowej tahini,
  • 3/4 szklanki (180ml) przesianego cukru pudru (użyłam trzcinowego).
Margarynę utrzyj z tahini przy pomocy miksera. Gdy masa będzie nieco bardziej puszysta, dodaj cukier puder i dokładnie zmiksuj. Odstaw do lodówki, a w tym czasie przygotuj krem czekoladowy.

krem czekoladowy:
  • 150g wegańskiej margaryny o temp. pokojowej (jeśli nie jesteś weganinem/weganką możesz zastąpić masłem),
  • 300g ciemnej czekolady,
  • 2 łyżki (30ml) mleka roślinnego,
  • 6 łyżek (90ml) przesianego cukru pudru (użyłam trzcinowego).
Czekoladę pokrusz do miseczki ustawionej nad garnkiem z niewielką ilością gotującej się wody. Od czasu do czasu mieszaj czekoladę. Kiedy rozpuści się całkowicie, zdejmij miseczkę znad garnuszka i odstaw, żeby nieco przestygła. Margarynę utrzyj na puszystą masę, dodaj roztopioną czekoladę oraz mleko i ponownie utrzyj. Wsyp cukier puder i zmiksuj na gładki i puszysty krem. Jeśli po zmiskowaniu krem jest jeszcze zbyt luźny, wstaw go na kilka minut do lodówki, by czekolada nieco zastygła. Uważaj tylko, by masa nie stężała za bardzo, bo ciężko będzie ją rozsmarować na cieście. 

Na talerzu lub paterze ułóż jeden blat ciasta. Ok. 1/3 kremu czekoladowego przełóż do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką (jeśli nie masz takiego rękawa, weź woreczek foliowy- taki troszkę grubszy, jak do mrożonek- nałóż krem i odetnij czubek jednego z rogów. W ten sposób otrzymasz swój własny worek cukierniczy). Na placku nałóż rękawem rant z kremu czekoladowego (dzięki temu krem chałwowy nie wycieknie bokiem, a boki zdecodowanie łatwiej będzię posmarować kremem). Na środku rozsmaruj krem chałwowy. Postępuj tak z pozostałymi warstwami. Na wierzchu i po bokach rozsmaruj resztę (2/3) kremu czekoladowego. Do dekoracji możesz użyć posiekanej czekolady, ziaren sezamu albo innych rożności, które tylko zawitają w Twojej głowie.

Enjoy!





wtorek, 22 października 2013

Krem czekoladowy z orzechów nerkowca



Czasem przychodzą takie chwile w życiu człowieka, że potrzebna jest czekolada. W moim przypadku- najlepiej, żeby była w postaci płynnej lub przynajmniej kremowej. Tak, żebym nie musiała dodatkowo angażować całej szczęki, by przeżuć kawałeczki tego skrawka raju na Ziemii. To chyba dlatego właśnie ubóstwiam Nutellę :) Bardzo lubię też odtwarzać smaki kupnych słodyczy w domowym zaciszu, korzystając ze składników lepszej jakości i upewniając się, co dokładnie wyląduje później w moim żołądku. Dlatego też wiele razy przymierzałam się do zrobienia domowej pasty gianduja, ale za każdym razem powstrzymuje mnie jeden drobny szczegół- brak odpowiedniego sprzętu. Mamy bardzo fajny blender, ale nie na tyle fajny, by z orzechów stworzył gładziuteńkie smarowidło. A inna konsystencja mnie nie zadowala... Jednak rozmyślając nad tą sprawą, wpadłam na pomysł, by ukręcić słodką czekoladową pastę z nerkowców. To chyba jedyne orzechy, które po namoczeniu stają się na tyle miękkie, by nawet najsłabszy blender zamienił je w krem. Tak więc zabrałam się do pracy i efekt można zobaczyć na zdjęciach ;)

Krem wyszedł gładki, mocno czekoladowy, słodki i... pyszny! Nie przypomina Nutelli, ani troszeczkę. Ale z tym akurat się liczyłam. Nerkowce nadają mu treści i wspaniałej konsystencji oraz nieco maślanego posmaku. Pasta świetnie sprawdza się na kanapce, waflu ryżowym, wyjadany łyżeczką albo jako krem do ciasta. A jeśli Wasz blender jest na tyle dobry, by nie pozostawiał "farfocli"  z orzechów, to może się też stać niezłą bazą do gorącej czekolady (wystarczy dolać gorącego mleka do kilku łyżeczek kremu).



Krem czekoladowy z orzechów nerkowca


  • 1 szklanka (250ml) orzechów nerkowca, 
  • 150ml mleka (użyłam domowego sojowego, niesłodzonego),
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru pudru,
  • 150g gorzkiej czekolady, rozpuszczonej,
  • 2 łyżki (30ml) gorzkiego kakao.
Orzechy zalej przegotowaną wodą i odstaw do namocznia na noc. Jeśli nie masz czasu, możesz zalać nerkowce wrzątkiem i odstawić na ok. 2 godziny. Następnie odcedź je i przełóż do misy blendera. Dodaj połowę mleka (ja wlewam ciepłe) i zmiksuj. Następnie wlewaj stopniowo resztę płynu, zbierając co jakiś czas "skrawki" orzechów ze ścianek maszyny. Kiedy nerkowce będą utarte na gładki krem, wsyp cukier puder i ponownie zmiksuj. Dodaj czekoladę i kakao, zmiksuj dokładnie. Gotowe! 

Krem przechowuj w zamkniętym pojemniczku w lodówce. Możesz zjadać go w takiej postaci lub podgrzać delikatnie, by stał się nieco bardziej płynny.

Enjoy!




poniedziałek, 9 września 2013

Wegańskie ciasteczka z kawałkami czekolady



Na specjalne życzenie pewnej młodej damy, wysławiającej się perfekcyjną polszczyzną- ciasteczka z kawałkami czekolady bez mleka i jajek. Łatwe w przygotowaniu i jeszcze łatwiej znikające z mojego talerza. Nie wiem czy to zasługa czekolady (która poprawia smak wszystkiego, o czym powszechnie wiadomo) czy na serio są tak dobre. Tak czy siak mi bardzo smakowały, a inni też nie narzekali :) Nie są to raczej wierne kopie subwayowskich ciasteczek, na punkcie których owa dama ma bzika, ale nie mi to oceniać- tamte skosztowałam raz jakieś trzy lata temu. I z tego co pamiętam były słodkie, cienkie i bardzo chrupiąco-ciągnące. Moje są nieco grubsze, mniej słodkie, z zewnątrz chrupiące, a w środku mięciutkie. Dla mnie bomba!


Wegańskie ciasteczka z kawałkami czekolady


  • 1 łyżka (15ml) zmielonego siemienia lnianego,
  • 1/4 szklanki (60ml) gorącego mleka (u mnie sojowe),
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru,
  • 1/3 szklanki (80ml) oleju,
  • 1 1/4 szklanki (310ml) mąki pszennej,
  • 2 łyżki (30ml) skrobi kukurydzianej,
  • 1/2 łyżeczki (2ml) sody,
  • 1/2 łyżeczki (2ml) proszku do pieczenia,
  • szczypta soli,
  • ok. 1 szklanki (250ml) ulubionej bezmlecznej czekolady posiekanej na kawałeczki (można dodać mniej lub więcej- w zależności od tego, jakim czekoladoholikiem jesteś).

Siemię lniane wsyp do miseczki, zalej je gorącym mlekiem, dokładnie wymieszaj i odstaw na 10-15 minut, by utworzył się "kisiel".

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180 st.C. Płaską blachę do ciasteczek wyłóż papierem do pieczenia.

Kisiel z siemienia lnianego i mleka zamieszaj jeszcze raz, dodaj olej oraz cukier i połącz składniki dokładnie. Do osobnej miski przesiej mąkę, skrobię, sodę, proszek i sól. Wlej do tego "mokre" składniki i zamieszaj, następnie wsyp kawałeczki czekolady i połącz z ciastem. 

Nakładaj na blachę porcje ciasta i jeśli chcesz możesz nadać im ładny okrągły kształt oraz spłaszczyć. Wstaw je do piekarnika na ok. 10-15 minut, w zależności od tego, jak duże są Twoje ciasteczka. Kiedy będą gotowe, zarumienią się i staną się chrupiące z wierzchu. Wyjmij i ostudź. Albo nawet ich nie studź. Zjedz póki są cieplutkie, a czekolada nie zdąrzyła jeszcze zastygnąć (jak widać na zdjęciu poniżej). Radziłabym jednak odczekać momencik po wyjęciu z pieca, by się nie poparzyć- szkoda stracić kubki smakowe, a odbudowaują się one co 10 dni ;)

Enjoy!






Ach! I chciałam Wam jeszcze powiedzieć, że Maple Pie też ma facebooka (o tutaj ). I to nawet od bardzo dawna. Tylko jakoś tak mało Was tam jest... więc może "polubimy się", co? Nie bójcie się, nie jestem gadułą, nie zaśmiecę Wam tej wirtualnej przestrzeni. Tylko przypomnę, że nowy wpis na Was już czeka :)

czwartek, 8 sierpnia 2013

Polewa z masła orzechowego i syropu klonowego



Mamy lato, mamy upał, czego więc chce się najbardziej? Lodów!

Ale po co zjadać tylko lody, skoro można je trochę podrasować i przeobrazić w deser marzeń. Bardzo lubię tworzyć takie lodowe pucharki, wypasione, okraszone czym tylko się da i niemal wylewające się z naczynia. Najprościej można przeobrazić lody w wymyślny deser poprzez różne polewy i sosy. Oczywiście najbardziej uniwersalne są czekoladowe i karmelowe, ale ostatnio "nutellowa" skradła moje serce. Ale oprócz Nutelli uwielbiam też masło orzechowe (no ba!) i jak tylko zobaczyłam przepis na sos orzechowo-klonowy, nie mogłam się wprost oprzeć, by go nie wypróbować. I dobrze zrobiłam!

Polewa jest bardzo gęsta i trochę "lepka", co jest wyłącznie pozytywem w moim świecie. Nie za słodka i lekko karmelowa. Idealnie sprawdza się nie tylko w towarzystwie lodów, ale też ciasteczek i ciast. A jeśli wstawi się ją do lodówki i zapomni o niej na chwilę, zgęstnieje jeszcze bardziej i przybierze konsystencję cudnej pasty, którą można posmarować pieczywo. Albo własne palce...


Polewa klonowo-orzechowa
przepis mocno zainspirowany tym z bloga Veggie and the Beast


  • 1/3 szklanki (80ml) syropu klonowego,
  • 1/2 szklanki (125ml) masła orzechowego (użyłam tego z kawałkami orzeszków).
Do malutkiego garnuszka wlej syrop klonowy i podgrzej. Kiedy będzie ciepły, dodaj masło orzechowe i dokładnie wymieszaj trzepaczką. Ja jeszcze całość zagotowałam, ale nie mam pojęcia, czy było to konieczne.

Czy może być coś prostszego i równie smacznego? Wątpię.

Enjoy!



środa, 7 sierpnia 2013

Kuleczki jaglane z orzechami laskowymi



Oj, dawno nie było tutaj niczego zdrowego... Tak więc nadrabiam straty i prezentuję te cudne kuleczki, które łączą moje ulubione smaki (nie wszystkie, ale większość z nich). A przy okazji tego, że są bardzo smaczne, bardzo orzechowe i delikatnie karmelowe dzięki dodatkowi syropu klonowego, są niesamowicie uczynne dla ciała. I dla duszy też, bo zjadając na deser taką kuleczkę zamiast ciacha z kremem, jakoś tak lżej mi na sumieniu ;) Kuleczki mają kremową konsystencję z drobinkami kaszy tu i ówdzie. Najbardziej smakowały mi prosto z lodówki (wtedy też najlepiej zachowują swój kształt), ale w temperaturze pokojowej też są świetne. A jeśli taka forma nie przypadnie Wam do gustu, to z masy jaglankowej można zrobić pyszną pastę (bardzo podobną do tej ), dodając więcej mleka i miksując na gładko. Tak czy siak, najważniejsze, że są tam laskowce- z nimi wszystko smakuje milion razy lepiej :)


Kuleczki jaglane z orzechami laskowymi


  • 1/3 szklanki (80ml) kaszy jaglanej,
  • 1 niepełna szklanka (240ml) mleka- ja użyłam sojowego,
  • 2/3 szklanki (160ml) orzechów laskowych, obranych*,
  • 3 łyżki (45ml) syropu klonowego,
  • karob lub gorzkie kako w proszku do obtaczania.
Do niewielkiego garnuszka o grubym dnie wsyp kaszę i podgrzewaj na małym ogniu, mieszając często. Kiedy ziarenka staną się jaśniejsze i zaczną pięknie pachnieć, przełóż je na sitko i opłukaj pod bieżącą zimną wodą. 
Mleko wlej do garnuszka i zagotuj, a następnie wsyp opłukaną kaszę. Zamieszaj, przykryj i gotuj na małym ogniu, aż zairenka wchłoną cały płyn (zamieszaj od czasu do czasu, bo zarówno mleko, jak i kasza lubią przywierać do dna). 
W czasie, gdy kasza się gotuje, zmiel orzechy w młynku do kawy/przypraw/blenderze tak drobno, jak to tylko możliwe. Wsyp je do ugotowanej kaszy, dodaj syrop klonowy i dobrze wymieszaj całość. Odstaw do wystygnięcia. Przestudzoną kaszę formuj w kuleczki: możesz zrobić to rękami lub dwiema łyżeczkami, a żeby masa nie kleiła się do rąk/łyżki, maczaj je w wodzie. Przygotowane kuleczki wstaw do lodówki, by nieco stężały, a następnie obtocz w karobie lub kakao. I gotowe! 

* Aby obrać orzechy laskowe, wysyp je na suchą patelnię i podgrzewaj, mieszając tak długo, aż skórka zacznie pękać. Następnie zdejmij orzechy z patelni i ręcznie lub z pomocą czystej ściereczki zetrzyj skórkę. Niektóre orzechy są na tyle miłe, że można je obrać niemal w całości. Ale zdarzają się też takie egzemplarze, które złośliwie pozostają w swoich kubraczkach i nic z tym nie da się zrobić. Dobrze, że są tak smaczne, bo inaczej bym się bardzo wkurzyła :)




poniedziałek, 18 marca 2013

Czekolada z masłem orzechowym



Spodobały mi się te zabawy z czekoladą! :)
Nie wiedziałam, co zrobić z resztką czekolady, jaka pozostała mi w misce po zrobieniu pralinek i nasunęło mi się takie oto cudeńko. Jako, że połączenie czekolady i masła fistaszkowego uwielbiam nad życie, na punkcie tej czekoladki oszalałam. Zrobienie jej zajmuje kilka chwil (o ile nie temperuje się czekolady), wygląda uroczo, a smakuje jeszcze lepiej. Można komuś podarować, można poczęstować kogoś, kogo się bardzo lubi, można też pożreć nie dzieląc się z absolutnie nikim, jednocześnie oglądając gotującą Rachel Khoo. Szczególnie polecam to ostatnie ;)



Czekolada z masłem orzechowym

  • dowolna czekolada- gorzka, deserowa, mleczna, biała- byle nie nadziewana i nie taka z dodatkami,
  • kremowe masło orzechowe.
Zacznij od roztopienia czekolady w misce ustawionej na garnku z niewielką ilością gotującej się na wolnym ogniu wody.
Jeśli chcesz, by Twoja czekolada pięknie się prezentowała, masz zamiar podarować ją Komuś lub zależy Ci na tym, by nie topiła się w palcach, utemperuj ją tak, jak opisałam to na początku przepisu na pralinki chałwowe   .

W tym czasie podgrzej masło orzechowe- możesz zrobić to na kilka sposobów:
  1. w mikrofali;
  2. w misce ustawionej nad garnkiem z gotującą się wodą- tak, jak topi się czekoladę;
  3. w słoiku włożonym do niewielkiej ilości gorącej wody- ten sposób polecam najmniej.
Nie chodzi tutaj o to, by masło stało się ciepłe. Tak na prawdę temperatura nie gra tutaj roli. Ważne jest, że po delikatnym podgrzaniu, masło jest nieco bardziej płynne i lepiej się z nim współpracuje. Jeśli nie masz ochoty tego robić, możesz spróbować użyć masła o temperaturze pokojowej, ale dużo trudniej miesza się taką masę z czekoladą. Roztopioną czekoladę wylej na silikonową matę lub papier do pieczenia. Możesz wylać całość, tworząc "tabliczkę" czekolady lub nakładać łyżką indywidualne porcje, tworząc niewielkie czekoladki. Łyżeczką nałóż "plamy" z masła orzechowego (nie potrzeba go wiele, kilka łyżeczek), a następnie przy pomocy wykałaczki spróbuj niedbale zamieszać obie substancje, tworząc piękny marmurkowy wzorek. Wstaw czekoladę do lodówki/zamrażarki lub pozostaw w temperaturze pokojowej do zastygnięcia. Jeśli zdecydowałaś/eś się na utworzenie tabliczki, a nie małych porcji, pokrój ją przy pomocy ostrego noża na kawałki.

środa, 13 marca 2013

Pralinki chałwowe

Szanowni Państwo, proszę fanfary- 

utemperowałam czekoladę! :)

Zbierałam się do tego tyle czasu, rozmyślałam o tym, jakie to trudne, a tu proszę- szast, prast i po sprawie. Nie powiem, stresowałam się trochę czy mi wyjdzie, ale jednak koniec końców wyszło całkiem dobrze.A po co wogóle się to robi? Ano po to, żeby wszelkie czekoladowe wyroby (czy to pralinki, trufle, cakepopsy czy też wykończenie ciastek i batoników albo własnoręcznie wykonane ozdoby) pięknie lśniły, przykuwając naszą uwagę i wzmagając apetyt, oraz nie rozpuszczały się zbyt prędko, gdy trafią w nasze ręce. Na co dzień nie ma sensu zawracać sobie głowy całą tą procedurą, ale jeśli domowe pralinki mają pełnić rolę prezentu, warto trochę się pomęczyć, by efekt końcowy przypominał wyrób profesjonalistów. Kiedy szukałam informacji o temperowaniu czekolady, okazało się, że można to zrobić na kilka sposobów:

  1. Przy użyciu kamienia (np. marmuru), dzięki czemu można szybko przestudzić czekoladę do odpowiedniej temperatury. Ponoć zapewnia to najlepsze rezultaty, a czekolada staje się idealnie błyszcząca i łamliwa.
  2. Metoda, kiedy posiekaną czekoladę dzieli się na trzy części- 2/3 roztapia, a następnie dodaje pozostałe kawałki, co momentalnie schładza miksturę.
  3. Sposób według mnie najprostszy, dlatego zdecydowałam się na niego. Trzeba po prostu czekoladę rozpuścić, schłodzić i ponownie podgrzać.
Można też zainwestować w specjalną maszynę, która dokona tego wszystkiego za nas bez większego wysiłku z naszej strony. Pod warunkiem, że macie na zbyciu kilkaset do kilku tysięcy złotych ;) Nie zważając na to, którą metodę wybierzecie, jedna rzecz jest nie do przeskoczenia- trzeba, po prostu trzeba posiadać termometr cukierniczy. Niestety czekolady podgrzanej do odpowiedniej temperatury nie da się opisać tak samo, jak opisuje się wygląd cukru na każdym etapie jego obróbki (np. przy  okazji gotowania landrynek), a cały proces temperowania opiera się na skomplikowanych procesach chemiczno-fizycznych (nie pytajcie, nie opowiem Wam tego dokładnie, bo jestem totalnym chemiczno-fizyczno-matemtycznym ignorantem). Temperatura odgrywa tutaj kluczową rolę i konieczne jest skrupulatne przestrzeganie wszystkich wytycznych, jeśli chcemy osiągnąć idealny stan skupienia czekolady.

Co do samych pralinek- są pyszne :) I niesamowicie łatwe do przygotowania. Pomysł oparłam na Peanut Butter Cups, które uwielbiam i które można przygotować w mig, nie trzymając się ściśle proporcji. Z tym, że zamiast masła orzechowego użyłam pasty ze zmielonych ziaren sezamu (tahini), delikatnie posłodzonej, co nadaje jej chałwowego aromatu. Nie za bardzo przepadam za płynnym nadzieniem w czekoladkach (bombonierki- bleeeeh...), ale tutaj zupełnie mi ono nie przeszkadzało. Jeśli jednak wolicie bardziej stałe wypełnienia pralinek, zalecałabym dodanie jakiegoś twardego tłuszczu, który zestali delikatnie składniki. Warto jednak pamiętać, że może to wpłynąć na smak. No, i muszę przyznać, że całe to temperowanie sprawiło, że zjedzenie pralinki okazało się bardzo brudzącym zajęciem... Czekolada rzeczywiście pęka i jest chrupiąca, a z niej wydobywa się cudowne nadzienie. Jeszcze nie jestem w 100% zadowolona ze swojego temperowania, bo lśniły jedynie boki i dno, a wierzch miejscami pozostał matowy. To na pewno wynik mojego guzdrania się, przez co czekolada ostygła za bardzo. No cóż, praktyka czyni mistrza... ;)



Pralinki chałwowe

  • gorzka czekolada (użyłam ok. 160g, wyszło mi 6 ogromnych pralin),
  • pasta sezamowa tahini (użyłam 150g, ale sporo zostało),
  • 2-3 łyżeczki syropu z agawy, miodu lub słodu,
  • ew. odrobina mleka dla rozluźnienia masy (ja dodałam ok. 2 łyżeczek domowego mleczka słonecznikowego).
Zaczynamy od temperowania czekolady. Jeśli nie masz ochoty, możesz pominąć ten krok i zastosować czekoladę rozpuszczoną w najzwyczajniej na świecie- w kąpieli wodnej lub w mikrofali.

Połam czekoladę do miski i ustaw ją nad garnkiem z gotującą się wodą (wody powinno być niewiele, zaledwie kilka centymetrów), ustawioną na najmniejszym palniku- zapobiegnie to przypaleniu i zważeniu się czekolady. Kiedy większość roztopi się, włóż do miski termometr cukierniczy i podgrzewaj całość, aż czekolada osiągnie temperaturę 49 st.C / 120 st.F. Zdejmij miskę znad garnka (uważaj, by nie dostała się do niej ani odrobinka wody!), pozostaw w niej termometr i ostudź czekoladę do temperatury 28 st.C / 82 st.F . Następnie postaw miskę ponownie nad garnkiem z gorącą wodą i podgrzej do temperatury 32 st.C / 90 st.F. Twoja czekolada jest już utemperowana! Teraz możesz przejść do przygotowywania pralinek.

Tahini przełóż do miski, dodaj wybrany przez Ciebie słód i zmiksuj mikserem (dzięki temu masa będzie jednolita i gładka). Jeśli według Ciebie nadzienie jest zbyt gęste, dodaj nieco mleka i ponownie zmiksuj.

Na dnie silikonowych foremek (najlepiej takich do pralinek; ja użyłam foremek do muffinek i moje czekoladki są gigantyczne!) umieść około łyżeczki czekolady. Część masy rozsmaruj na ściankach, tworząc ciekną warstwę, a resztę rozprowadź po dnie. Foremki wstaw do zamrażarki na 1-2 minuty. Następnie nałóż po łyżeczce nadzienia, a na nim mieść około łyżeczki czekolady i dokładnie ją rozprowadź. Foremki ponownie umieść w zamrażarce na ok. 3 minuty- aż czekolada całkowicie zastygnie. Gotowe! Proste, nieprawdaż? ;)

Jeśli w trakcie przygotowywania pralinek czekolada zastygnie (ale nie w foremce, tylko w misce, oczywiście), konieczne jest ponowne temperowanie.

Uwaga! Podane wyżej temperatury dotyczą czekolady gorzkiej. Jeśli zamierzasz użyć innego rodzaju czekolady, zastosuj następujące temperatury na poszczególnych etapach temperowania:
  • czekolada gorzka: 48 st.C (120 st.F) - 28 st.C (82 st.F) -  32 st.C (90 st.F),
  • czekolada mleczna: 46 st.C (115 st.F) - 27 st.C (80 st.F) - 30 st.C (86 st.F),
  • czekolada biała: 43 st.C (110 st.F) - 26 st.C (78 st.F) - 28 st.C (82 st.F).

 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...