Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez mleka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez mleka. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 maja 2014

Sernik z kaszy jaglanej i tofu na czekoladowym spodzie


Czy można zrobić sernik bez sera? A konkretnie, czy można zrobić sernik z kaszy jaglanej? Można!
A w dodatku smakuje tak, że wcale nie brakuje nam twarogu czy innych zbędnych dodatków. Co prawda nie da się nim oszukać wielbicieli tradycyjnego sernika, ale mimo to nie boję się nazwać go niezłym ciachem. Ma świetny czekoladowy spód, wilgotne i nieco maślane nadzienie o cytrusowym aromacie oraz cieniutką warstwę pysznej gorzkiej czekolady. Zjadłam go z wielkim apetytem, a nawet Tata (który tego typu wynalazki traktuje z dystansem) zjadł cały kawałek, twierdząc, że jest niezły.


Sernik z kaszy jaglanej i tofu na czekoladowym spodzie

masa "sernikowa":

  • 1/2 szklanki (125ml) kaszy jaglanej,
  • 1 1/2 szklanki (375ml) mleka roślinnego (polecam sojowe; po użyciu ryżowego waniliowego ciasto miało dość specyficzny aromat, który mi osobiście nie do końca odpowiadał),
  • 200ml soku z pomarańczy (2 duże sztuki),
  • 50ml soku z cytryny (1 sztuka),
  • 360g tofu,
  • 1/3 szklanki (80ml) cukru (lub więcej/mniej do smaku),
  • 1 łyżka (15ml) cukru z wanilią,
  • 2 łyżki (30ml) skrobii kukurydzianej,
  • 2 łyżki (30ml) mąki pszennej,
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 1/4 szklanki (60ml) oleju.
Kaszę podpraż w garnuszku, aż stanie się blada i zacznie ładnie pachnieć. Następnie przesyp ją na sitko i przepłucz pod bieżącą wodą. Ponownie umieść kaszę w garnuszku (najlepiej takim o grubym dnie, który zapobiegnie przywieraniu ziarenek podczas gotowania), zalej mlekiem i zagotuj. Przykryj garnek pokrywką, zmniejsz ogień i gotuj, aż kasza wchłonie cały płyn. Odstaw do przestudzenia.

Do blendera wrzuć ugotowaną kaszę, dolej sok z pomarańczy i cytryny, zmiksuj na gładki krem. Dodaj pokruszone tofu z cukrem i ponownie zmiksuj na gładko. Skosztuj masy i oceń, czy nie potrzeba dodać więcej słodkości, pamiętając, że masa po upieczeniu będzie mniej słodka niż ta na "surowo". Następnie do masy dodaj skrobię, mąkę, proszek i olej, zmiksuj tylko do połączenia składników.

Odstaw masę na chwilkę na bok i przygotuj czekoladowy spód.


spód:

  • 1 szklanka (250ml) mąki pszennej,
  • 3 łyżki (45ml) gorzkiego kakao,
  • szczypta soli,
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 1/4 szklanki (60ml) cukru,
  • 1 łyżka (15ml) zmielonego siemienia lnianego,
  • 8 łyżek (120ml) mleka roślinnego,
  • 2 łyżki (30ml) oleju,
  • 65g gorzkiej czekolady, rozpuszczonej.
Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Okrągłą formę o średnicy ok 23 cm wyłóż na dnie i po bokach papierem do pieczenia.

Do miski przesiej mąkę z kakao, solą i proszkiem. Dodaj cukier i dobrze zamieszaj. W osobnej miseczce zalej siemię lniane gorącym (ja zazwyczaj używam wrzątku) mlekiem, wymieszaj i odstaw na kilka minut, by utworzył się kleik i by masa nieco przestygła. Do tej mieszanki dodaj olej i roztopioną czekoladę, dobrze wymieszaj. Wlej mokre składniki do suchych i zamieszaj do połączenia składników. 

Przygotowany spód wyłóż na dnie przygotowanej tortownicy i równomiernie rozłóż palcami po całej powierzchni (masa jest bardzo gęsta i nieco tłusta, przypomina trochę brownie- ale tak ma być). Na czekoladową masę wylej masę "sernikową". Wstaw do piekarnika na 15 minut. Po tym czasie zmniejsz temperaturę do 160 st.C i piecz przez następne 40-45 minut, aż sernik zarumieni się i przy dotknięciu jego powierzchni nie będzie dygotał. Gdy nim potrzęsiesz- zadygota- ale taka jego uroda. Wyłącz piekarnik i pozostaw w nim formę z ciastem przy otwartych drzwiczkach, aż całkowicie ostygnie. Następnie wstaw go do lodówki na kilka godzin (nie wiem, czy to konieczne, ale ja tak zrobiłam i serniczek wyszedł gładki, wilgotny i zwarty zarazem). Następnie polej go polewą:

polewa:
  • 135g gorzkiej czekolady, połamanej na kawałeczki,
  • 2 łyżki (30ml) oleju.
Czekoladę rozpuść z olejem w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce. Dobrze wymieszaj i wylej na przygotowany sernik. Pozostaw do zastygnięcia, a następnie udekoruj (ja użyłam mielonych orzechów arachidowych) lub od razu zabierz się do krojenia tego cudnego ciacha.

Enjoy!



czwartek, 1 maja 2014

Przekładaniec czekoladowo-orzechowy


Przy pieczeniu ciast bardzo ważna jest dobra organizacja pracy. Dobrze jest przemyśleć cały proces przygotowana deseru, żeby wiedzieć, od którego komponentu zacząć, a który wymaga naszej uwagi w ostatniej chwili. Bez tego można spędzić cały dzień w kuchni, popadając przy tym w depresję i skutecznie obrzydzając sobie jakiekolwiek cukiernicze eksperymenty. Dlatego też lubię pewne elementy deseru przygotować sobie wcześniej, by później móc w spokoju złożyć je w jedną całość, bez większego stresu i zniecierpliwienia. Czasem jest to budyń do tarty ugotowany dzień wcześniej, czasem owoce zamienione w apetyczne nadzienie do pucharków lodowych, innym razem będzie to kruche ciasto przygotowane na zapas i spokojnie czekające na odpowiednią okazję w zamrażarce. Bywa i tak, że kiedy dopada mnie wena piekę blaty ciasta- waniliowego czy czekoladowego- i zamiast wykorzystywać od razu, szczelnie owijam je folią spożywczą i chowam w czeluściach tej mroźnej szafy. Dzięki temu mogę w bardzo krótkim czasie stworzyć rozmaite torty i im podobne frykasy.

Tak było właśnie z tym przekładańcem. Miałam ochotę na mocno czekoladowy deser z dużą ilością kremu. Przypomniało mi się, że w zamrażarce spokojnie wyleguje się spory kawał mojego ulubionego ciasta, pozostało więc zająć się nadzieniem. Ugotowałam prosty budyń czekoladowy, po wystudzeniu utarłam go z margaryną i efekt nie był zbyt zachwycający. Po chwili zastanowienia dodałam do masy sporą ilość masła orzechowego i... petarda! (jakby to uczestnicy Top Chefa powiedzieli). Smak- jak dla mnie- fenomenalny. Czekoladowy z aromatem i kawałeczkami orzeszków tu i ówdzie. Gęsty i nieco ciężki od budyniu, ale nie zapychający, jak zwykły krem maślany. Zaspokoiłam swoje pragnienie kremowego deseru i już żałuję, że został mi w lodówce tylko jeden kawałek... :)


Przekładaniec czekoladowo-orzechowy
przepis na dużą blachę

  ciasto:
  • 2 łyżki (30ml) zmielonego siemienia lnianego,
  • 6 łyżek (90ml) bardzo  gorącej wody,
  • 1 szklanka (250ml) mleka sojowego,
  • 1 łyżka (15ml) soku z cytryny,  
  • 120g gorzkiej czekolady, połamanej na kawałeczki,
  • 3/4 szklanki (180ml) gorącej kawy,
  • 2 szklanki (500ml) mąki pszennej,
  • 1/4 szklanki (60ml) gorzkiego kakao w proszku,
  • 1 łyżeczka (5ml) proszku do pieczenia,
  • 1 łyżeczka (5ml) sody,
  • szczypta soli,
  • 3/4 szklanki (180ml) cukru trzcinowego muscovado,
  • 6 łyżek (90ml) cukru (użyłam domowego waniliowego),
  • 1/2 szklanki (125ml) oleju.     

Siemię lniane wsyp do miseczki i zalej bardzo gorącą wodą. Zamieszaj dokładnie i dostaw na ok. 10 minut, by utworzył się kleik. W dużej misce wymieszaj mleko z sokiem z cytryny i również odstaw na 10 minut, by zgęstniało (ścięło się) i z wyglądu przypominało maślankę.

Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Prostokątną formę o wymiarach mniej więcej 25cm x 30cm wyłóż na dnie i po bokach papierem do pieczenia.

W miseczce umieść połamaną na kawałeczki czekoladę, zalej gorącą kawą i odstaw na 1 minutę. Następnie dokładnie wymieszaj tak, by rozpuścić czekoladę (mogą pozostać grudki). Odłóż na bok. Do osobnej miski przesiej mąkę, kakao, proszek, sodę i sól. Do miski, w której utworzyła się "sojowa maślanka" dodaj cukier trzcinowy i biały, olej oraz kleik z siemienia, a następnie dokładnie wymieszaj trzepaczką. Do tej mieszanki wsyp zwartość miski z  suchymi składnikami, wymieszaj tak, by pozbyć się wszelkich grudek. Wlej czekoladę rozpuszczoną w kawie i ponownie zamieszaj. Masę wylej do foremki i wstaw do piekarnika na ok. 20-25 minut (patyczek wbity w środek ciasta powinien wyjść suchy). Wyjmij i ostudź kompletnie. Następnie odetnij z każdego brzegu 1cm margines (możesz go zjeść albo wymieszać z odrobiną kremu, by przygotować cake popsy. Jeśli zaś zastąpisz krem dżemem i dorzucisz bakalie oraz pokruszone herbatniki, otrzymasz bajaderkę). Poziomo przetnij ciasto na pół i odłóż, by przygotować krem.

krem:
  • 500ml mleka (użyłam sojowego naturalnego),
  • 1/4 szklanki (4 łyżki = 60ml) skrobii kukurydzianej,
  • 3 łyżki (45ml) cukru,
  • 100g gorzkiej czekolady,
  • 200g wegańskiej margaryny o temp. pokojowej (możesz zastąpić masłem, jeśli jesz nabiał),
  • 1 szklanka (250ml) masła orzechowego z kawałkami orzechów,
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru pudru.
Około 3/4 podanej ilości mleka wlej do garnuszka i podgrzewaj na średnim ogniu. Pozostały płyn wymieszaj dokładnie ze skrobią i cukrem. Kiedy mleko w garnku zagotuje, ciągle mieszając trzepaczką, wlej roztwór ze skrobią. Gdy masa ponownie zawrze, gotuj ją przez kolejne 1-2 minuty, następnie zdejmij z palnika i wsyp połamaną na kawałeczki czekoladę. Dokładnie wymieszaj i odstaw do całkowitego ostudzenia, od czasu do czasu mieszając (nie wstawiaj budyniu do lodówki! Ma pozostać w temperaturze pokojowej, inaczej margaryna zetnie się w grudkowatą masę). 
W misce utrzyj mikserem margarynę z masłem orzechowym na puszystą masę. Następnie dodawaj do masy po łyżce budyniu, cały czas miksując. Na koniec dodaj cukier puder, miksuj jeszcze chwilę, aż składniki dobrze się połączą.

Na jednym blacie ciasta rozsmaruj 1/3 kremu, przykryj drugim plackiem. Na nim ułóż kolejną porcję (1/3) masy. Resztę kremu rozsmaruj po bokach. Jeśli zostanie Ci trochę tej pysznej czekoladowo-orzechowej masy, możesz wykonać dekoracje przy pomocy rękawa cukierniczego lub po prostu odłożyć do pojemniczka i używać, jak Nutelli. Przygotowane ciasto wstaw na ok. 1 godzinę do lodówki, by stężało, a smaki połączyły się. Potem pokrój ciacho na porcje i rozkoszuj się jego smakiem.

Enjoy!




czwartek, 17 kwietnia 2014

Wegański kajmak


Kajmak, masa krówkowa, krem karmelowy... jakkolwiek by nazwać tą słodką masę, zawsze będzie oznaczała jedno- górę cukru ugotowaną z mlekiem. Tradycyjnie przygotowuje się ją z mleka skondensowanego, gotowanego przez długi czas, do uzyskania wspaniałej bursztynowej barwy i głębokiego aromatu palonego cukru. Kajmak można ugotować w domu także ze "zwykłego" mleka, co zajmuje jeszcze więcej czasu i niekoniecznie kończy się sukcesem. Pamiętam, że za każdym razem, gdy próbowałam swoich sił w tej dziedzinie efekt był ten sam- kolor piękny, smak właściwy, ale konsystencja pozostawiała wiele do życzenia. Na początku wydawała się idealna, ale po spędzeniu nocy czy to w lodówce, czy na kuchennym blacie; czy to szczelnie zamknięta czy też odkryta- zawsze się kruszyła. A nie o to mi chodzi.

Postanowiłam tym razem pobawić się wegańską wersją masy krówkowej, która tym razem miała pozostać kremowa i ciągnąca przez długi czas. I tak też się stało! Przygotowałam kajmak w bardzo nietradycyjny sposób, ale najważniejsze dla mnie jest to, że smakuje i wygląda odpowiednio. Jest bardzo słodki (jak na prawdziwy kajmak przystało), gęsty, kremowy i przyjemnie mleczny. Ciężko odróżnić go od tradycyjnego kremu karmelowego. Cel został więc osiągnięty :)


Wegański kajmak
proporcje na ok. 200-250ml kremu


  • 1 szklanka (250ml) cukru,
  • 2 łyżeczki (10ml) octu jabłkowego lub soku z cytryny,
  • 200ml mleka sojowego,
  • 1/3 szklanki (80ml) mleka sojowego w proszku,
  • 1 łyżeczka (5ml) oleju.
Do niedużego garnka o grubym dnie wsyp cukier, dodaj ocet lub sok z cytryny i tyle wody, aby delikatnie zwilżyła cukier (ok. 2-3 łyżki). Podgrzewaj masę na średnim ogniu nie mieszając- jeśli jest taka potrzeba, możesz delikatnie pokołysać garnuszkiem, aby zmieszać masę. Podgrzewaj do czasu, aż cukier osiągnie bursztynową, lekko karmelową barwę. Zdejmij garnek z palnika i dodaj połowę mleka sojowego (uwaga! masa jest bardzo gorąca i w zetknięciu z płynem zacznie mocno parować i bulgotać. Odsuń więc twarz znad garnka, by się nie poparzyć.), szybko wymieszaj trzepaczką. Następnie wlej resztę mleka, dodaj mleko w proszku i olej. Całość wymieszaj dokładnie, a potem ponownie podgrzewaj na średnim ogniu przez ok. 15 minut (jeśli garnek ma niskie ścianki gotuj masę krócej, bo szybciej wyparuje, ok 10 minut). Po tym czasie kajmak powinien mieć gęstą konsystencję, jak syrop, powinien lepić się do łyżki, ale nie jest jeszcze tak gęsty, jak tradycyjna masa krówkowa. Ale spokojnie- w miarę stygnięcia masa będzie gęstnieć. Nie próbuj tylko polizać łyżki, bo sparzysz sobie język. Poczekaj chwilkę albo dmuchaj intensywnie ;) Przelej masę do miseczki albo pojemniczka i ostudź, mieszając od czasu do czasu. Następnie przykryj. 

Enjoy!






Wielkanocne Smaki - edycja IV Wielkanoc bez glutenu. Smaki dzieciństwa

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Słonecznikowiec


Mieszkam na Śląsku i mamy tutaj kilka zwyczajów, których próżno szukać w innych regionach Polski. Jednym z nich jest dziubanie słonecznika. Tak kilkuletnie bajtle, jak i leciwi obywatele- wszyscy namiętnie wyskubują zębami ziarenka słonecznika z łupinek obsypanych delikatnie solą. I nie jest to wyłącznie akt jedzenia, to przede wszystkim spoiwo wszelkich spotkań towarzyskich. Siemki najlepiej smakują podczas oglądania meczów na żywo, spotkań przy piwie w parku letnią porą, a nie najgorzej wypadają też podczas samotnych seansów przed telewizorem.

Przez większość swojego niedługiego życia sądziłam, że słonecznik jada się wyłącznie w ten sposób i to na całym świecie. Przecież we wszystkich sklepach, jakie znałam i odwiedzałam był zawsze dostępny (i to w dwóch wersjach: białej i czarnej) i tani. Te smakowite ziarenka sprzedawane bez łupinek wydawały mi się całkowicie absurdalnym pomysłem, na który pokusić mógł się jedynie ktoś bez zębów. Dopiero kiedy podrosłam odrobinkę i poznałam kilka miejsc oddalonych od Śląska, okazało się, że znalezienie siemków nie jest wcale takie łatwe, jak mi się wydawało. Za to łuskane ziarno słonecznika używa się w kuchni tak, jak pestek dyni czy orzechów. Dlatego pomysł na ciasto z jego dodatkiem natychmiast wywołał u mnie lawinę dobrych myśli i entuzjazmu.

Przeszukałam internet i znalazłam kilka wersji słonecznikowca, które nieznacznie różniły się od siebie. Większość z nich wspominała o karmelu (lub kajmaku) i czekoladzie. Postanowiłam więc pobawić się tym połączeniem i stworzyć własną wersję słonecznikowego przekładańca. Upiekłam jedno ze swoich ulubionych ciast czekoladowych, ugotowałam karmelowy budyń, uprażyłam też głównego bohatera tego deseru w karmelowej masie. Po złożeniu całość wyglądała zachęcająco, a smakowała... pysznie! Wszystkie aromaty bardzo ładnie komponowały się ze sobą, a chrupiący słonecznik nadawał ciastu ciekawego charakteru. Chciało się go jeść więcej i więcej! Ciacho cieszyło się sporym powodzeniem, nawet wśród tych, którzy nie przepadają za kremowymi deserami. A co najciekawsze- było wegańskie :)


Słonecznikowiec


ciasto:
  • 2 łyżki (30ml) zmielonego siemienia lnianego*,
  • 6 łyżek (90ml) bardzo  gorącej wody*,
  • 1 szklanka (250ml) mleka sojowego,
  • 1 łyżka (15ml) soku z cytryny,  
  • 120g gorzkiej czekolady, połamanej na kawałeczki,
  • 3/4 szklanki (180ml) gorącej kawy,
  • 2 szklanki (500ml) mąki pszennej,
  • 1/4 szklanki (60ml) gorzkiego kakao w proszku,
  • 1 łyżeczka (5ml) proszku do pieczenia,
  • 1 łyżeczka (5ml) sody,
  • szczypta soli,
  • 3/4 szklanki (180ml) cukru trzcinowego muscovado,
  • 6 łyżek (90ml) cukru (użyłam domowego waniliowego),
  • 1/2 szklanki (125ml) oleju.     

Siemię lniane wsyp do miseczki i zalej bardzo gorącą wodą. Zamieszaj dokładnie i dostaw na ok. 10 minut, by utworzył się kleik. W dużej misce wymieszaj mleko z sokiem z cytryny i również odstaw na 10 minut, by zgęstniało (ścięło się) i z wyglądu przypominało maślankę.

Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Prostokątną formę o wymiarach mniej więcej 25cm x 30cm wyłóż na dnie i po bokach papierem do pieczenia.

W miseczce umieść połamaną na kawałeczki czekoladę, zalej gorącą kawą i odstaw na 1 minutę. Następnie dokładnie wymieszaj tak, by rozpuścić czekoladę (mogą pozostać grudki). Odłóż na bok. Do osobnej miski przesiej mąkę, kakao, proszek, sodę i sól. Do miski, w której utworzyła się "sojowa maślanka" dodaj cukier trzcinowy i biały, olej oraz kleik z siemienia, a następnie dokładnie wymieszaj trzepaczką. Do tej mieszanki wsyp zwartość miski z  suchymi składnikami, wymieszaj tak, by pozbyć się wszelkich grudek. Wlej czekoladę rozpuszczoną w kawie i ponownie zamieszaj. Masę wylej do foremki i wstaw do piekarnika na ok. 20-25 minut (patyczek wbity w środek ciasta powinien wyjść suchy). Wyjmij i ostudź kompletnie.

* Jeśli nie masz lub nie chcesz stosować siemienia lnianego, zastąp go 2 jajkami. Nie dodawaj też podanej w przepisie gorącej wody.

karmelizowany słonecznik:
  • 150g margaryny wegańskiej (lub masła, jeśli nie jesteś na diecie wegańskiej),
  • 3/4 szklanki (180ml) cukru,
  • 2 łyżki (30ml) mleka (użyłam sojowego),
  • 400g łuskanego słonecznika.
Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Płaską, dużą blachę wyłóż papierem do pieczenia.

W garnku umieść margarynę, cukier i mleko. Całość rozpuść i zagotuj. Następnie wsyp do tej mieszanki słonecznik i wymieszaj tak, by wszystkie ziarenka dokładnie pokryły się słodkim syropem. Masę przełóż na blachę i piecz tak długo, aż słonecznik zarumieni się. Pamiętaj, by co kilka minut mieszać ziarenka, by mogły upiec się równomiernie i nie przypaliły. Wyjmij z pieca i ostudź. 

krem karmelowy:
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru,
  • 2 łyżeczki (10ml) soku z cytryny lub octu jabłkowego,
  • 500ml mleka (użyłam sojowego),
  • 4 łyżki (60ml) skrobii kukurydzianej,
  • 200g margaryny wegańskiej (lub masła, jeśli nie jesteś na diecie wegańskiej).
Do średniej wielkości garnka o grubym dnie wsyp cukier, dodaj sok z cytryny lub ocet i tyle wody, by cukier był jedynie lekko zwilżony. Podgrzewaj na średnim ogniu, aż cukier rozpuści się, zagotuje, a następnie zacznie zmieniać kolor. Kiedy osiągnie bursztynową barwę, zdejmij garnek z palnika i wlej ok. 400ml mleka (zrób to ostrożnie! Cukier jest bardzo gorący i po wlaniu mleka zacznie mocno parować i bulgotać. Odsuń lepiej głowę znad garnka, by się nie poparzyć i mieszaj trzepaczką z bezpiecznej odległości.). Garnek wstaw ponownie na palnik, mieszaj aż karmel całkowicie się rozpuści, a następnie zagotuj masę. Pozostałe 100ml mleka wymieszaj ze skrobią i wlej do garnka, cały czas mieszając trzepaczką. Ponownie zagotuj budyń i po 2-3 minutach zdejmij z palnika. Wylej do miseczki lub pojemniczka, przykryj folią i ostudź kompletnie.

Margarynę utrzyj mikserem na puszysty krem. Następnie stopniowo, łyżka po łyżce, dodawaj wystudzony budyń. Z przygotowanego wcześniej karmelizowanego słonecznika odłóż 2-3 garście, a resztę wsyp do kremu i dokładnie wymieszaj.

Z upieczonego ciasta odetnij z każdej strony 1cm brzeg. Ciasto przetnij poziomo na pół. Jedną część posmaruj 2/3 przygotowanego kremu, przykryj drugim plackiem, a ten pozostałym kremem. Wierzch posyp odłożonym wcześniej karmelizowanym słonecznikiem. Wstaw do lodówki, by krem nieco stężał i zestalił się z ciastem, a smaki w tym czasie przegryzą się.

Ciasto smakuje świetnie zarówno zimne, prosto z lodówki, jak i w temperaturze pokojowej. Bo ono generalnie jest wspaniałe :)

Enjoy!





wtorek, 11 lutego 2014

Panforte



Od dawna planowałam upiec panforte, bo słyszałam o nim wiele dobrego i wielu smakoszy rozpływało się na samo brzmienie tego słowa. W końcu przygotowałam ten włoski przysmak, trochę po namowach Taty. Zrobienie go było bardzo proste i zajęło dosłownie kilka chwil. Nieco dłużej trzeba było czekać, aż panforte upiecze się i wystygnie, ale to już zupełnie inna historia...

Po pierwszym kęsie byłam lekko rozczarowana, bo zupełnie inaczej wyobrażałam sobie smak tego "ciasta". Ale z każdym kolejnym gryzem uświadamiałam sobie, jakie to dobre. I bardzo uzależniające. A do tego super słodkie i syte. Tak więc jeśli bardzo lubicie bakaliowe słodkości z owocową nutką i aromatycznymi przyprawami, to jest to wypiek dla Was.


Panforte di Siena
przepis z bloga White Plate


  • 1 szklanka (250ml) orzechów laskowych, 
  • 3/4 szklanki (180ml) migdałów ze skórką,
  • 2/3 szklanki (160ml) mąki pszennej,
  • 2 łyżki (30ml) kakao,
  • 2 1/4 łyżeczki nasion kopru włoskiego, lekko ugniecionych w moździerzu (pominęłam),
  • 1/2 łyżeczki cynamonu,
  • 1/8 łyżeczki mielonych goździków,
  • 1/4 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu,
  • 1/4 łyżeczki mielonego imbiru,
  • 1/4 łyżeczki nasion kolendry, drobno utłuczonych w moździerzu,
  • 1/4 łyżeczki świeżo utartej gałki muszkatołowej,
  • skórka otarta z 1 pomarańczy (tylko pomarańczowa część, bez białej błonki!),
  • 230g suszonych fig, posiekanych na cienkie plasterki,
  • 2/3 szklanki (160ml) miodu,
  • 2/3 szklanki (160ml) cukru.
Rozgrzej piekarnik do temperatury 150st.C. Dno i boki tortownicy o średnicy 20 cm wyłóż papierem do pieczenia, a następnie wysmaruj go olejem.

Do dużej miski wsyp wszystkie składniki, oprócz miodu i cukru. Dobrze je wymieszaj i odstaw. Cukier i miód umieść w rondelku i doprowadź do wrzenia. Gotuj, aż masa osiągnie temp. 120 st.C (jak pisze autorka bloga, od momentu wrzenia minie jakieś 15 sekund). Wylej gorący syrop do miski z pozostałymi składnikami i szybko wymieszaj. Masa będzie gęsta, lepka i ciężka do wymieszania (ale nie poddawaj się!). Przełóż ją do przygotowanej tortownicy i piecz 45 minut. Wyjmij z piekarnika i ostudź.

Po ostudzeniu pokrój panforte, najlepiej na nieduże kawałki, bo jest bardzo syte i słodkie. Zawinięte w folię możesz je przechowywać nawet do kilku tygodni lub miesięcy.

Enjoy!



środa, 8 stycznia 2014

Razowe ciasteczka czekoladowe


Uwielbiam czekoladę (no, kto by pomyślał...), ale z czekoladowymi ciastami i ciasteczkami mam czasami problem. A to dlatego, że większość z nich obok czekolady nigdy nie stało i nią wogóle nie smakują. Są smaczne, pewnie! Ale nie nazywajmy ich czekoladowymi tylko dlatego, że mają w sobie parę łyżeczek kakao w proszku. Tak więc nieufnie i podejżliwie podchodzę do każdego przepisu "czekoladowego", by przypadkiem nie zawieść się, gdy posmakuję efektu mojej ciężkiej pracy w kuchni.

Z tymi ciasteczkami na szczęście udało się uniknąć rozczarowania i okazały się baaardzo czekoladowe. Skorzystałam z przepisu mistrzyni wegańskiej kuchni, Isy Chandry Moscowitz, więc efekt musiał być co najmniej zadowalający. Wprowadziłam jednak kilka zmian, które troszkę "uzdrowiły" te ciasteczka. Tak więc w miejscu zwykłej białej mąki pojawiła się jej razowa siostra, która nadała swojego charakterystycznego orzechowego posmaku. Zmniejszyłam też ilość cukru (można powiedzieć, że drastycznie), dzięki czemu ciastka nie przytłaczały swoją słodyczą. Dodam jeszcze, że przypominają troszkę brownie- są cudownie mięciutkie i wilgotne w środku, z zewnątrz zaś pokryte są cienką, chrupiącą warstewką. Pyszotka :)


Razowe ciasteczka czekoladowe
zmodyfikowany przepis Isy Chandry Moskowitz,
z receptury otrzymasz ok. 10 sporych ciasteczek


  • 1 łyżki (15ml) zmielonego siemienia lnianego,
  • 1/4 szklanki (60ml) mleka sojowego,
  • 6 łyżek (90ml) oleju,
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru trzcinowego,
  • 1 szklanka (250ml) drobno mielonej mąki pszennej razowej,
  • 6 łyżek (90ml) kakao w proszku,
  • 1/2 łyżeczki (2ml) sody,
  • szczypta soli,
  • 1 tabliczka (100g) gorzkiej czekolady, posiekanej lub połamanej na kawałeczki.

 Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Blachę o nikich brzegach wyłóż papierem do pieczenia.


Zmielone siemię lnianeg zalej gorącym mlekiem sojowym, dokładnie wymieszaj i odstaw na ok. 10 minut- aż utworzy się zwarty kleik.
W misce wymieszaj olej z cukrem. Dodaj kleik z siemienia i połącz składniki. Do tej mieszanki wsyp mąkę wymieszaną z kakao, sodą i solą, zamieszaj tylko do połączenia składników. Wsyp połamaną czekoladę, wymieszaj. Układaj na blasze kulki ciasta i spłaszcze delikatnie ręką. Wstaw do piekarnika na ok. 10 minut. (może się wydawać, że po tym czasie ciasteczka nie są jeszcze upieczone, jednak stwardnieją nieco po wystudzeniu. Podobnie jak brownie, warto zadbać o to, by nie przepiec ciastek, aby pozostały wilgotne i mięciutkie. Zalecam zdejmowanie ich z blaszki co najmniej po 2-3 minutach od wyjęcia z piekatnika, inaczej mogą się rozpaść). Wyjmij z pieca i otudź. Albo zjedz od razu- raz się żyje! ;-)

Enjoy!








wtorek, 10 grudnia 2013

Tort czekoladowo-chałwowy (wegański)


Tort dokładnie taki, jaki lubię- intensywnie czekoladowy, nie za lekki, z nutką orzechowego posmaku. W tej roli występuje akurat pasta sezamowa tahini, która w połączeniu z cukrem pudrem ma przypominać chałwę. Krem jest jednak nie tak słodki, jak wspomniany "batonik". Bo sam torcik też nie powala słodkością, choć jest na tyle sycący, że wystarczy zjeść mały kawałek, by zaspokoić swoje pragnienie na słodycze. Przygotowanie ciasta i kremów nie sprawia większych problemów, co też jest dużym plusem. A jak dodam do tego, że tort jest wegański, nie powinniście mieć już wątpliwości, czy warto go upiec. Warto!


Tort czekoladowo-chałwowy

ciasto:
  • 2 łyżki (30ml) zmielonego siemienia lnianego,
  • 6 łyżek (90ml) bardzo  gorącej wody,
  • 1 szklanka (250ml) mleka sojowego,
  • 1 łyżka (15ml) soku z cytryny,  
  • 120g gorzkiej czekolady, połamanej na kawałeczki,
  • 3/4 szklanki (180ml) gorącej kawy,
  • 2 szklanki (500ml) mąki pszennej,
  • 1/4 szklanki (60ml) gorzkiego kakao w proszku,
  • 1 łyżeczka (5ml) proszku do pieczenia,
  • 1 łyżeczka (5ml) sody,
  • szczypta soli,
  • 3/4 szklanki (180ml) cukru trzcinowego muscovado,
  • 6 łyżek (90ml) cukru (użyłam domowego waniliowego),
  • 1/2 szklanki (125ml) oleju.     

Siemię lniane wsyp do miseczki i zalej bardzo gorącą wodą. Zamieszaj dokładnie i dostaw na ok. 10 minut, by utworzył się kleik. W dużej misce wymieszaj mleko z sokiem z cytryny i również odstaw na 10 minut, by zgęstniało (ścięło się) i z wyglądu przypominało maślankę.

Rozgrzej piekarnik do temperatury 180 st.C. Dwie foremki o średnicy ok. 20cm wysmaruj olejem, dno wyłóż papierem do pieczenia, a boki wysyp mąką.

W miseczce umieść połamaną na kawałeczki czekoladę, zalej gorącą kawą i odstaw na 1 minutę. Następnie dokładnie wymieszaj tak, by rozpuścić czekoladę (Anna Olson pisała, że jeśli są grudki, to nie ma tragedii i jest to całkiem dopuszczalne, choć moja mieszanina była idealnie gładka). Odłóż na bok. Do osobnej miski przesiej mąkę, kakao, proszek, sodę i sól. Do miski, w której utworzyła się "sojowa maślanka" dodaj cukier trzcinowy i biały, olej oraz kleik z siemienia, a następnie dokładnie wymieszaj trzepaczką. Do tej mieszanki wsyp zwartość miski z  suchymi składnikami, wymieszaj tak, by pozbyć się wszelkich grudek. Wlej czekoladę rozpuszczoną w kawie i ponownie zamieszaj. Masę rozłóż między dwie foremki i wstaw do piekarnika na ok. 35 minut (patyczek wbity w środek ciasta powinien wyjść suchy). Wyjmij i ostudź kompletnie. Następnie przekrój każdy blat na dwa placki (jeśli wcześniej schłodzić ciasto lub nawet lekko przymrozisz, to zadanie będzie o wiele łatwiejsze).

krem chałwowy:

  • 100g wegańskiej margaryny o temp. pokojowej (jeśli nie jesteś weganinem/weganką możesz zastąpić masłem),
  • 1/2 szklanki (125ml) pasty sezamowej tahini,
  • 3/4 szklanki (180ml) przesianego cukru pudru (użyłam trzcinowego).
Margarynę utrzyj z tahini przy pomocy miksera. Gdy masa będzie nieco bardziej puszysta, dodaj cukier puder i dokładnie zmiksuj. Odstaw do lodówki, a w tym czasie przygotuj krem czekoladowy.

krem czekoladowy:
  • 150g wegańskiej margaryny o temp. pokojowej (jeśli nie jesteś weganinem/weganką możesz zastąpić masłem),
  • 300g ciemnej czekolady,
  • 2 łyżki (30ml) mleka roślinnego,
  • 6 łyżek (90ml) przesianego cukru pudru (użyłam trzcinowego).
Czekoladę pokrusz do miseczki ustawionej nad garnkiem z niewielką ilością gotującej się wody. Od czasu do czasu mieszaj czekoladę. Kiedy rozpuści się całkowicie, zdejmij miseczkę znad garnuszka i odstaw, żeby nieco przestygła. Margarynę utrzyj na puszystą masę, dodaj roztopioną czekoladę oraz mleko i ponownie utrzyj. Wsyp cukier puder i zmiksuj na gładki i puszysty krem. Jeśli po zmiskowaniu krem jest jeszcze zbyt luźny, wstaw go na kilka minut do lodówki, by czekolada nieco zastygła. Uważaj tylko, by masa nie stężała za bardzo, bo ciężko będzie ją rozsmarować na cieście. 

Na talerzu lub paterze ułóż jeden blat ciasta. Ok. 1/3 kremu czekoladowego przełóż do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką (jeśli nie masz takiego rękawa, weź woreczek foliowy- taki troszkę grubszy, jak do mrożonek- nałóż krem i odetnij czubek jednego z rogów. W ten sposób otrzymasz swój własny worek cukierniczy). Na placku nałóż rękawem rant z kremu czekoladowego (dzięki temu krem chałwowy nie wycieknie bokiem, a boki zdecodowanie łatwiej będzię posmarować kremem). Na środku rozsmaruj krem chałwowy. Postępuj tak z pozostałymi warstwami. Na wierzchu i po bokach rozsmaruj resztę (2/3) kremu czekoladowego. Do dekoracji możesz użyć posiekanej czekolady, ziaren sezamu albo innych rożności, które tylko zawitają w Twojej głowie.

Enjoy!





poniedziałek, 9 grudnia 2013

Domowe pianki marshmallows


Czy może być coś bardziej amerykańskiego niż pianki marshmallows? Widok tych białych poduszeczek wbich na koniec kija i opalanaych nad ogniskiem prześladuje mnie od dzieciństwa. Chyba w każdym szanującym się amerykańskim filmie, gdzie są sceny kempingowo-ogniskowe taki obrazek musi się pojawić. Przez bardzo długi czas marzyłam o tym, by móc tak, jak te dzieciaki zatopić zęby w tym dziwnym przysmaku. Problem polegał na tym, że pianki u nas dostępne (Jojo?) smakowały ohydnie. Dziwiłam się więc, że innych może TO wręcz zachwycać.  A kiedy już dorosłam i nauczyłam się kilku rzeczy w kuchni, postanowiłam sama przygotować marshmallows, by udowodnić sobie, że takie słodycze mogą dobrze smakować.

Takie pianki można zrobić na kilka sposobów. Klasycznie- z białek jaj, cukru, syropu kukurydzianego i żelatyny, albo nieco bardziej współcześnie- z samego syropu, cukru i żelatyny. Kiedyś próbowałam przerobić przepisy tak, by od razu przygotować wersję wegańską, czyli bez jajek i na agarze. Ale nie bardzo wyszedł mi ten eksperyment, dlatego też na długo porzuciłam myśli o domowych piankach. Tym razem jednak dopadły mnie te wszystkie zagraniczne obrazki, gdzie marshmallows pływają sobie w gorącej czekoladzie i ponownie zamarzyły mi się te poduszeczki. Użyłam białek, cukru i agaru- bez żelatyny i okropnego syropu kukurydzianego, i... udało się! Pianki wyszły mięciutkie, puszyste, rozpływające się ustach. Tysiąc razy lepsze od tych sklepowych! Nie mają co prawda tej przewagi nad żelatynowymi odpowiednikami, które po podgrzaniu ciągną się guma, ale nadrabiają smakiem i charakterem ;) A jak nabije się je na patyczek i podpiecze nad palnikiem kuchenki (taki miejski odpowiednik ogniska), to można z wrażenia odlecieć. Tworzy się taka cudna chrupiąca skórka, jak przy creme brulee, a środek pozostaje wciąż miękki i puszysty. Mniam!


Domowe pianki marshmallows


  • 1 szklanka (250ml) cukru,
  • 1/4 szklanki + 2 łyżki (90ml) wody,
  • 1 łyżeczka (5ml) agaru w proszku + 1.5-2 łyżki zimnej wody,
  • białko z 3 jaj o temperaturze pokojowej,
  • szczypta soli,
  • ok. 1 szklanki (250ml) cukru pudru.

Zacznij od przygotowania formy. Ja użyłam kwadratowej o boku ok. 20cm, ale ty możesz użyć dowolnej. Pamiętaj jedynie, że od jej wielkości i kształtu zależy to, jak wysokie i duże będą Twoje pianki. Foremkę wyłóż całkowicie papierem do pieczenia, a na jej dno przesiej 1-2 łyżki cukru pudru.
Z podanej ilości cukru odłóż do osobnej miseczki 2 łyżki. Resztę wsyp do garnka o grubym dnie i podgrzewaj na średnim ogniu. W czasie, gdy syrop podgrzewa się, wymieszaj agar z zimną wodą i odstaw na bok. Kiedy cukier w garnku osiągnie temperaturę ok. 95-100 st.C, dodaj namoczony agar, wymieszaj i podgrzewaj dalej. Następnie zacznij ubijać białka z solą. Gdy piana będzie coraz sztywniejsza, zacznij dodawać stopniowo odłożone wcześniej dwie łyżki cukru. Ubijaj mikserem, aż będą sztywne. Odstaw i sprawdź temperaturę cukru w garnku. Od czasu do czasu zamieszaj miksturę, bo agar lubi czasem przywierać do dna. Gdy syrop cukrowy osiągnie temperaturę 115 st.C, wyłącz palnik. Od razu zacznij ponownie ubijać białka, a syrop wlewaj cienkim strumieniem do piany, cały czas miksując. Kiedy wlejesz już całą zawartość garnka, miksuj jeszcze ok. 1-2 minut, a następnie przełóż masę do przygotowanej foremki (trzeba działać dosyć szybko, bo agar ścina się niemal od razu). Rozsmaruj masę dokładnie i wyrównaj wierzch, a następnie posyp go 1-2 łyżkami cukru pudru. Odstaw do całkowitego wystudzenia. 
Kiedy pianki ostygną kompletnie, możesz je delikatnie pokroić. Najlepiej robić to szerokim nożem "maczanym" w cukrze pudrze. Każdą piankę obtocz ze wszystkich stron w przesianym cukrze pudrze i odstaw na kratkę (jeśli nie masz specjalnej kratki użyj takiej, która zazwyczaj dołączona jest do piekarnika. A jeśli nie masz też takiej, możesz układać pianki na papierze do pieczenia, ale po ok. godzinie przewróć każdą z nich do góry dnem. Ścianki pianek muszą się delikatnie obsuszyć, by nie kleiły się do rąk.). Przechowuj w suchym i chłodnym miejscu. 
Zjadaj tak po prostu albo opalane, albo dodaj je do gorącej czekolady. Albo zrób z nich jakiś fany deser. Cokolwiek wymyślisz, na pewno będzie smaczne ;)

Enjoy!






wtorek, 22 października 2013

Krem czekoladowy z orzechów nerkowca



Czasem przychodzą takie chwile w życiu człowieka, że potrzebna jest czekolada. W moim przypadku- najlepiej, żeby była w postaci płynnej lub przynajmniej kremowej. Tak, żebym nie musiała dodatkowo angażować całej szczęki, by przeżuć kawałeczki tego skrawka raju na Ziemii. To chyba dlatego właśnie ubóstwiam Nutellę :) Bardzo lubię też odtwarzać smaki kupnych słodyczy w domowym zaciszu, korzystając ze składników lepszej jakości i upewniając się, co dokładnie wyląduje później w moim żołądku. Dlatego też wiele razy przymierzałam się do zrobienia domowej pasty gianduja, ale za każdym razem powstrzymuje mnie jeden drobny szczegół- brak odpowiedniego sprzętu. Mamy bardzo fajny blender, ale nie na tyle fajny, by z orzechów stworzył gładziuteńkie smarowidło. A inna konsystencja mnie nie zadowala... Jednak rozmyślając nad tą sprawą, wpadłam na pomysł, by ukręcić słodką czekoladową pastę z nerkowców. To chyba jedyne orzechy, które po namoczeniu stają się na tyle miękkie, by nawet najsłabszy blender zamienił je w krem. Tak więc zabrałam się do pracy i efekt można zobaczyć na zdjęciach ;)

Krem wyszedł gładki, mocno czekoladowy, słodki i... pyszny! Nie przypomina Nutelli, ani troszeczkę. Ale z tym akurat się liczyłam. Nerkowce nadają mu treści i wspaniałej konsystencji oraz nieco maślanego posmaku. Pasta świetnie sprawdza się na kanapce, waflu ryżowym, wyjadany łyżeczką albo jako krem do ciasta. A jeśli Wasz blender jest na tyle dobry, by nie pozostawiał "farfocli"  z orzechów, to może się też stać niezłą bazą do gorącej czekolady (wystarczy dolać gorącego mleka do kilku łyżeczek kremu).



Krem czekoladowy z orzechów nerkowca


  • 1 szklanka (250ml) orzechów nerkowca, 
  • 150ml mleka (użyłam domowego sojowego, niesłodzonego),
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru pudru,
  • 150g gorzkiej czekolady, rozpuszczonej,
  • 2 łyżki (30ml) gorzkiego kakao.
Orzechy zalej przegotowaną wodą i odstaw do namocznia na noc. Jeśli nie masz czasu, możesz zalać nerkowce wrzątkiem i odstawić na ok. 2 godziny. Następnie odcedź je i przełóż do misy blendera. Dodaj połowę mleka (ja wlewam ciepłe) i zmiksuj. Następnie wlewaj stopniowo resztę płynu, zbierając co jakiś czas "skrawki" orzechów ze ścianek maszyny. Kiedy nerkowce będą utarte na gładki krem, wsyp cukier puder i ponownie zmiksuj. Dodaj czekoladę i kakao, zmiksuj dokładnie. Gotowe! 

Krem przechowuj w zamkniętym pojemniczku w lodówce. Możesz zjadać go w takiej postaci lub podgrzać delikatnie, by stał się nieco bardziej płynny.

Enjoy!




poniedziałek, 9 września 2013

Wegańskie ciasteczka z kawałkami czekolady



Na specjalne życzenie pewnej młodej damy, wysławiającej się perfekcyjną polszczyzną- ciasteczka z kawałkami czekolady bez mleka i jajek. Łatwe w przygotowaniu i jeszcze łatwiej znikające z mojego talerza. Nie wiem czy to zasługa czekolady (która poprawia smak wszystkiego, o czym powszechnie wiadomo) czy na serio są tak dobre. Tak czy siak mi bardzo smakowały, a inni też nie narzekali :) Nie są to raczej wierne kopie subwayowskich ciasteczek, na punkcie których owa dama ma bzika, ale nie mi to oceniać- tamte skosztowałam raz jakieś trzy lata temu. I z tego co pamiętam były słodkie, cienkie i bardzo chrupiąco-ciągnące. Moje są nieco grubsze, mniej słodkie, z zewnątrz chrupiące, a w środku mięciutkie. Dla mnie bomba!


Wegańskie ciasteczka z kawałkami czekolady


  • 1 łyżka (15ml) zmielonego siemienia lnianego,
  • 1/4 szklanki (60ml) gorącego mleka (u mnie sojowe),
  • 1/2 szklanki (125ml) cukru,
  • 1/3 szklanki (80ml) oleju,
  • 1 1/4 szklanki (310ml) mąki pszennej,
  • 2 łyżki (30ml) skrobi kukurydzianej,
  • 1/2 łyżeczki (2ml) sody,
  • 1/2 łyżeczki (2ml) proszku do pieczenia,
  • szczypta soli,
  • ok. 1 szklanki (250ml) ulubionej bezmlecznej czekolady posiekanej na kawałeczki (można dodać mniej lub więcej- w zależności od tego, jakim czekoladoholikiem jesteś).

Siemię lniane wsyp do miseczki, zalej je gorącym mlekiem, dokładnie wymieszaj i odstaw na 10-15 minut, by utworzył się "kisiel".

Piekarnik rozgrzej do temperatury 180 st.C. Płaską blachę do ciasteczek wyłóż papierem do pieczenia.

Kisiel z siemienia lnianego i mleka zamieszaj jeszcze raz, dodaj olej oraz cukier i połącz składniki dokładnie. Do osobnej miski przesiej mąkę, skrobię, sodę, proszek i sól. Wlej do tego "mokre" składniki i zamieszaj, następnie wsyp kawałeczki czekolady i połącz z ciastem. 

Nakładaj na blachę porcje ciasta i jeśli chcesz możesz nadać im ładny okrągły kształt oraz spłaszczyć. Wstaw je do piekarnika na ok. 10-15 minut, w zależności od tego, jak duże są Twoje ciasteczka. Kiedy będą gotowe, zarumienią się i staną się chrupiące z wierzchu. Wyjmij i ostudź. Albo nawet ich nie studź. Zjedz póki są cieplutkie, a czekolada nie zdąrzyła jeszcze zastygnąć (jak widać na zdjęciu poniżej). Radziłabym jednak odczekać momencik po wyjęciu z pieca, by się nie poparzyć- szkoda stracić kubki smakowe, a odbudowaują się one co 10 dni ;)

Enjoy!






Ach! I chciałam Wam jeszcze powiedzieć, że Maple Pie też ma facebooka (o tutaj ). I to nawet od bardzo dawna. Tylko jakoś tak mało Was tam jest... więc może "polubimy się", co? Nie bójcie się, nie jestem gadułą, nie zaśmiecę Wam tej wirtualnej przestrzeni. Tylko przypomnę, że nowy wpis na Was już czeka :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...